sobota, 7 lutego 2015

Chapter 3

*Ida

- Nie ma mowy.
- Ale zrozum. To jedyny sposób. Ona najwyraźniej nie zdaje sobie sprawy, że należę do SSO. Nie rozumiesz, że będę mogła wszystko kontrolować? Taki szpieg byłby najlepszy. - McMurfy spojrzał na mnie, kręcąc głową. Liam stał nieco za mną, przysłuchując się wszystkiemu.
- Ida, posłuchaj. - stanął przede mną. Wyglądał bardzo wojowniczo i pewnie. Wyprostowałam się. - To nie jest dobry pomysł. Poradzimy sobie, bez szpiega.
- Nie ufasz mi. Dam sobie radę, jestem silna, nie? - Oparłam dłonie na biodrach.
- Ida.. tak, jesteś silna, ale zrozum...
- Nie. To ty zrozum. Jak możesz być taki obojętny?! Masz szansę zdobyć ważne informacje, a zamiast tego udajesz, że się o mnie martwisz. Co zamierzałeś zrobić? Zapewne, wysłać kogoś innego, prawda? Ale to mnie zaprosiła. Nikt inny nie ma szans tam się dostać. Musisz mi zaufać. - patrzyłam mu głęboko w oczy. Był zły. Widziałam to. Widziałam też, że już wygrałam. Założył ręce z tyłu i odwrócił się ode mnie. Chwilę gapił się na przeciwległą ścianę, po czym przesunął kilka papierów na biurku. Obszedł biurko dookoła i otworzył dużą szufladę kluczem. Chwilę przeglądał kartotekę. Włączył nowoczesny komputer, usiadł i zaczął szybko pisać.
- Przedstawiałaś się?
- Nie jestem głupia. - warknęłam.

Sierra*

Byłam pewna, że nic w moim życiu się nie zmieni.Myślałam, że zawsze będę pod rozkazem rodziców jak jakiś pies na smyczy.Teraz mogę żyć własnym życiem, cieszyć się spokojem i nie zadręczać się upierdliwą mamą ani zapracowanym tatą.Nadal ich kocham.W końcu są to ludzie, którzy mnie ekhem, zrobili, a mówiąc grzeczniej dali mi życie.Nie zawsze było piękne, ale nie chcę o tym teraz myśleć.Włożyłam do dużej szafy ostatnia parę butów.Dodałam kilka ramek ze zdjęciami, poukładałam książki na szafce i zrobiłam porządek w kosmetykach.Nie mam ich zbyt wiele, ale jednak coś jest.
Siedziałam na dużym łóżku patrząc na widok za oknem.Nim się spostrzegłam już było popołudnie.Ile ja czasu spędziłam na rozpakowywaniu?! Zbiegłam do kuchni.Otworzyłam lodówkę.Pusto.
- Aha. - mruknęłam na widok lodówki świecącej pustością. - To może coś zamówię. - sięgnęłam do telefonu wiszącego na ścianie.Wystukałam numer mojej ulubionej pizzeri.Zamówiłam i rozsiadłam się w salonie obok.Położyłam się na kanapie wkładając poduszkę pod głowę.Włączyłam telewizor.Same programy news'owe.Londyn jest pięknym miastem, ale bardzo dużo się tu dzieje.Za każdym razem jak oglądam wiadomości to słyszę tylko o kradzieżach, zbrodniach i innych kłopotach.Mówi się, że świat jest zły, a to przecież ludzie go niszczą.Przez kilkanaście minut oglądałam jakąś bajkę dopóki nie usłyszałam pukania.Otworzyłam drzwi.Tam stał chłopak około dwudziestki w czerwono-żółtej czapce z daszkiem i koszulce polo w podobnych kolorach.W dłoni trzymał pudełko z pizzą.Już czułam jej piękny zapach.
- Dzień dobry. - uśmiechnął się zadziornie. - Zamawiała pani pizzę?
- Tak, dziękuję. - pudełko zabrałam do ręki i podałam mu odpowiednią sumę.
- Do widzenia i smacznego. - lekko uniósł czapkę.
- Cześć. - zniknęłam za drzwiami.

Usiadłam przy kamiennym barku w kuchni.Otworzyłam pudełko.Po całym pomieszczeniu rozniósł się przyjemny zapach.Położyłam na talerz dwa kawałki pizzy, a resztę schowałam.Muszę coś rano zjeść.Wyszłam na balkon, położyłam moja kolację na stoliku.Pobiegłam jeszcze szybko do pokoju po aparat.Zrobiłam zdjęcie mojej pierwszej przekąski w nowym domu i kilka fotek Londynu.Kocham robić zdjęcia.To moje hobby!

Położyłam się w łóżku i przykryłam kołdrą.Patrzyłam na sufit.W mojej głowie odbywała się walka myśli.Przez to nie potrafiłam zasnąć.Ostatnie wydarzenie nie dawało mi ciągle spokoju.Może najadłam się wtedy za dużo słodyczy i mi odwalało? Ubrałam sukienkę, nie wiadomo jak poobdzierałam sobie nogi w ogrodzie i obudziłam się w swoim pokoju.Okey to mało prawdopodobne, ale załóżmy że tak właśnie się stało.Chcę w spokoju zasnąć i się obudzić.Jutro czekają mnie duże zakupy.

*Ida

 Staliśmy w ciszy, przerywanej tylko szybkim stukaniem w klawiaturę, cichym pikaniem alarmów i szumów wielu ekranów, przekazujących obraz z całego ośrodka i kilka ulic Londynu. Liam podszedł do mnie i uścisnął moją rękę.
- Jesteś pewna? To niebezpieczne.
- Kiedy mnie tutaj przyprowadzili nikt się nie martwił, że będzie niebezpiecznie. Po to się urodziłam. To jest moje przeznaczenie, Liam. - muszę być twarda. Nie mogę okazywać żadnych uczuć, zupełnie nic. Odkaszlnęłam. McMurfy skończył pisać. Drukarka wyprodukowała dwie zapisane kartki. Wziął je i podał mi.
- Nauczysz się tego na pamięć. - spojrzałam na tekst.
- Co to niby jest?
- Twoja przeszłość. - wyjaśnił. Drzwi się otworzyły i wszedł młody chłopak, Bill, z którym spędzałam sporo czasu, kiedy byłam młodsza.
- Cześć Billy. - przywitałam się. Spojrzał na mnie z szacunkiem.
- Witaj. - podał McMurfy'emu dokumenty, skinął nam głową i wyszedł. Szef przejrzał papiery i podał mi je.
- A to twoja nowa tożsamość. - otworzyłam teczkę i zobaczyłam dowód osobisty z moim nowym imieniem i nazwiskiem.
- Vicky Bloom. Data urodzenia, 20 maja, lat 20. O i nowe prawko, dzięki. - Przejrzałam kolejne papiery. - Poważnie? Vicky Bloom, włosy: ciemne, oczy: szare, karnacja: ciemna, znaki szczególne: brak. Po co mi te akta?
- Mogą się przydać. - McMurfy wzruszył ramionami. - Przygotuj się na dzisiaj. Nie wiadomo co to za test, ale na pewno sobie poradzisz. Pamiętaj, żeby nic nie zobaczyli. Bill przyniesie zaraz kilka przydatnych gadżetów. Ida... uważaj na siebie, okay?
- Okay. - nie martwił by się tak, gdybym nie była jego jedyną rodziną. Wszedł Bill z małym pudełkiem.
- Ulepszyłem twój samochód. - powiedział. - Tu masz instrukcję, co do czego służy.
- Czekaj, czekaj. Masz dostęp do mojego samochodu?!
- Jasne. - powiedział, jakby to było oczywiste. - Zegarek przyda ci się najbardziej.
- Mam zegarek.
- Możesz go wyrzucić. - powiedział.
- Jest dla mnie ważny. - zegarek to jedyne, co mi zostało po rodzicach. Dał mi go tata kiedy miałam 4 lata.
- Na razie go zdejmij. - założył mi nowy zegarek na rękę. Był czarny, wyglądał zwyczajnie, jak drogi zegarek. - Ten przycisk zamienia ekran w kompas, ten włącza laser, ten wytwarza proszek, do wykrycia alarmów laserowych, ten otwiera mechanizm. W środku jest ukrytych kilka mikrobotów. Możesz nimi dowolnie sterować tym. - podał mi smartfon. - Będzie ci służył też do komunikacji z nami. Każdy mikrobot ma inny numerek. Szybko zrozumiesz, jak się tym steruje. Na razie tego nie rób, bo akumulatory wystarczają max na dwa dni. Mikroboty mają wbudowane kamery i mikrofony. Jeżeli będziesz potrzebować pomocy, rozbij szkiełko zegarka. Możesz go użyć tylko w ostateczności, bo potem zegarek będzie do wyrzucenia. Po rozbiciu szkiełka zegarek będzie nadawał sygnał przez godzinę do dowództwa, a potem dokona autodestrukcji, więc trzymaj się co najmniej 5 metrów od niego.
- To wszystko? - westchnęłam, bo zaczynało mi się mylić. Dobrze, że mam tą instrukcję.
- Tak. W samochodzie masz resztę potrzebnych rzeczy. Broń masz, więc jest ok. - podał mi rękę. - dobrze było z tobą pracować. - wyszedł, zabierając pudełko. Spojrzałam na szefa.
- Przecież nie zginę, nie?
- Jasne.
- Okay. To... do zobaczenia. - podałam mu rękę. - Chyba.. zbyt szybko się nie zobaczymy.
- No tak. Powodzenia, Turner. Pożegnaj się z przyjaciółmi i zmykaj.
- Nie lubię pożegnań.
- Jasne.
Wyszłam, a obok mnie szedł Liam.
- Nie chcesz się z nimi pożegnać?
- Nie. znaczy... nie chodzi o to, że ich nie lubię. Po prostu... nie lubię pożegnań.
- Chcieliby cię zobaczyć, nie wiedzą, że odchodzisz.
- Nie odchodzę na zawsze. - zauważyłam. Liam poprawił koszulkę.
- Mimo wszystko powinnaś się z nimi pożegnać. - powiedział twardo i odszedł w stronę swojej kwatery. Odprowadziłam go spojrzeniem, puki nie zniknął za zakrętem. Weszłam do kwatery 208 i spakowałam potrzebne rzeczy. Wrzuciłam je do bagażnika samochodu. Wnętrze nie wyglądało jakoś specjalnie. A jednak kilka przycisków na radiu służyło zupełnie czemu innemu. Przejrzałam pobieżnie instrukcję i przycisnęłam losowy przycisk. Znad kół z cichym szumem wysunęły się spore wyrzutnie.
- No nieźle. - ucieszyłam się.
- Ida! - wyszłam z samochodu i rozejrzałam się. W moją stronę zmierzali chłopacy. Spojrzałam z wyrzutem na Liama, kiedy Harry wziął mnie w ramiona.
- Powiedziałeś im?! - wkurzyłam się.
- Musiałem.
Wszyscy po kolei mnie wyściskali. Nawet się nie spodziewałam, że potrafią być tacy czuli i delikatni.
- Uważaj na siebie, okay? - szepnął Louis do mojego ucha, kiedy przyszła jego kolej.
- Okay. - odszepnęłam. Chwilę oglądali mój samochód chwaląc umiejętności Bill'a i jego zespołu, po czym pozwolili mi jechać. Ruszyłam w głąb Londynu. Była dopiero 17. Muszę zajechać do mojego mieszkania w centrum, zabrać kilka rzeczy i coś zjeść.


Sierra*

Niechętnie i powoli otworzyłam ciężkie powieki.Kilka razy zamrugałam, nim zdążyłam wszystko ogarnąć w swojej głowie.Czyli to nie jest sen ani bajka.Usiadłam i przeciągnęłam się, prostując kończyny.
- Ah. - mruknęłam uśmiechnięta.Tak chcę się budzić codziennie. - Czas na poranny prysznic. - zrzuciłam kołdrę z nóg.Zabrałam ubrania do łazienki.Potem już był czas relaksu i przyjemności.Ciepła woda spływała po moim ciele jak strumyk.Umyłam włosy szamponem o zapachu jabłka.Mój ulubiony.Po odświeżeniu się ubrałam przygotowane ciuchy.Wysuszyłam długie włosy co też nie trwało pięć minut.
Zbiegłam do kuchni.Przeskoczyłam przez kanapę wchodząc do kuchni, która jest połączona z salonem.
Na mojej twarzy pojawiła się ta sama mina co wczoraj.Moja lodówka pęka w szwach od jedzenia.Czujecie ten sarkazm? Ja tak.Zjadłam pizzę i ugotowałam wodę w czajniku.Muszę się ''nawodnić''.

Zamknęłam kartą swoje mieszkanie i z humorem weszłam do windy.Nacisnęłam złoty guziczek, a drzwi windy zamknęły się.Nuciłam pod nosem melodyjkę, która leciała w głośniku.

- Dzień dobry. - przywitałam się z recepcjonistką, która była w równie dobrym humorze co ja.
- Witam. - uśmiechnęła się i zaczęła coś pisać w jakimś notatniku.
Wyszłam przez obrotowe, szklane drzwi.Piękna pogoda i świergot ptaków na dzień dobry mnie powitały.Jak mała dziewczynka idąca ze szkoły podskakiwałam lekko na palcach.Wstąpiłam do supermarketu, galerii i księgarni.Siatki nie mieściły się w dłoniach, a palce robiły się czerwone od mocnego nacisku jednorazówek.Wysiadłam z autobusu.Przeszłam przez pasy i weszłam do penthous'a.Ledwo co się zmieściłam z zakupami w drzwiach.Takie życie zakupoholiczki.

Z potem na czole szłam w stronę windy.Patrzyłam na swoje trampki.
- Może pomóc? - usłyszałam głos chłopaka.Był to ten sam co pomógł mi z bagażem.
- Nie, dziękuję. - posłałam mu uśmiech.Tak na prawdę potrzebowałam odpoczynku, ale nie chciałam człowieka wykorzystywać.On i tak jeszcze dużo się nachodzi z torbami.Odszedł.Podniosłam siatki i szłam dalej do windy.W między czasie gdy jechałam wyciągnęłam sobie jogurt truskawkowy i połowę pochłonęłam w kilka sekund.Chciałam szybko opuścić windę gdy drzwi się otworzyły, ale potknęłam się o sznurowadło i wpadłam na jakąś panią.Szybko wstałam i zorientowałam się, że to nie jest żadna pani, ale dziewczyna w moim wieku.Wstała ze złym wyrazem twarzy.Nie dziwę się jej.Cały jogurt wylądował na jej bluzce i trochę posklejał włosy.Zaczęłam panikować.
- J-ja przepraszam cię bardzo.Nie chciałam, to przez przyp..
- Spoko, nie tłumacz się. - warknęła nie patrząc na mnie.Próbowała się pozbyć różowej plamy z bluzki.
- Ja zapłacę za bluzkę i ... - gestykulowałam rękami próbując opanować głupią sytuację.
- Za włosy też? - zapytała podnosząc wzrok na mnie. - Co ty tu... - urwała zdziwiona.
- Może chodź do mojego mieszkania.Ja oddam ci za ubranie i, i... i zapomnimy o przykrym wypadku? - zapytałam ciszej bojąc się jej reakcji.Nie wyglądała na kruchą czy słabą dziewczynę, taką jak ja.
- Nie mam teraz czasu. - mówiła bacznie mnie obserwując.Zaczęłam grzebać w siatkach.
- Masz. - podałam jej paczkę chusteczek. - Mieszkasz tu? - spytałam.Kiwnęła głową. - Ja jestem z pod 231, a ty? Jak będziesz miała czas to na pewno ci oddam.
- Ty też tu mieszkasz? - stała zaskoczona. - Myślałam, że ty... - czekałam aż skończy, ale machnęła ręką. - Nie ważne. - bąknęła.Dlaczego wszyscy tak dziwnie na mój widok reagują? Jestem na okładkach gazet czy jak?
- Od wczoraj. - podniosłam zakupy powoli.Dziewczyna podała mi chusteczki. - Zatrzymaj je sobie.

*Ida

 Nie spodziewałam się jej tu spotkać. Zupełnie wytrąciła mnie z równowagi. Głupia jestem, przecież mnie nie pamięta. Poszłam do swojego mieszkania numer 208. Dokładnie taki sam, jak mojej kwatery w SSO.  Zrzuciłam z siebie ubrania i umyłam się szybko. Włosy potraktowałam suszarką i poszłam znaleźć coś do ubrania.  Koszulka jest do niczego. Wrzuciłam ją do pralki. Otworzyłam szafę.
- Nie no, nie wierzę. - Miałam tylko kilka koszulek na ramiączkach i jeansy. Nic, co mogłoby się przydać na test. Udało mi się znaleźć białą koszulkę i ubrałam jasne jeansy. Wyglądałam jak urocza dziewczynka, a nie groźna członkini gangu. Nie zdążę nic kupić. Mam tylko jedno wyjście, nie chcę tego robić, ale cóż. Jaki to był numer? 233? 123? 321? Chyba 231. Z jeszcze trochę mokrymi włosami pobiegłam korytarzem. Zapukałam do odpowiednich drzwi. Miałam tylko godzinę. Otworzyła mi Sierra. Była trochę zdziwiona, ale wpuściła mnie.
- O co chodzi?
- Musisz pożyczyć mi jakieś ciuchy. - powiedziałam po prostu.
- Ee okay. Chodź. - zaprowadziła mnie do garderoby. Ogarnęłam ją spojrzeniem. Nie miała jeszcze zbyt wielu ciuchów. No tak, wczoraj się wprowadziła. Dziewczyna była szczuplejsza ode mnie, a raczej mniej wysportowana.
- Weź, co potrzebujesz. Tylko ee postaraj się nie zniszczyć, okay?
- Jasne. - wyszła, żebym mogła się przebrać. Ubrałam czarną bokserkę, jeansową kurtkę i czarne leginsy. Buty miałam swoje, bo na szczęście ich nie dosięgnął różowy jogurt. Wyszłam. Sierra obrzuciła mnie spojrzeniem.
- Jesteś bardzo ładna. - powiedziała. Zdziwiłam się. Jeszcze nigdy nikt mi tak nie powiedział.
- Ta, dzięki. - podeszłam do niej i podałam rękę. - Jestem Id... Vicky. Vicky Bloom.
- Sierra Carlin. - uśmiechnęła się przyjaźnie. Była zupełnie niepodobna do siebie, kiedy ostatni raz ją widziałam. Pożegnałam się i obiecałam ubrania zwrócić i odebrać swoje, jutro. Pobiegłam do samochodu, z dziwnym przeczuciem, że ktoś mnie obserwuje. Rozejrzałam się. Pod penthousem stała żółtka taxówka. Zawsze w tym samym miejscu. Może po prostu kierowca się na mnie patrzył, jak wychodziłam. Ruszyłam szybko na miejsce. Dojazd powinien zająć mi najwyżej pół godziny. Będę przed czasem. I dobrze.
 Na miejscu nie było nikogo. Rozejrzałam się. Widziałam gdzieś na lewo, pomiędzy krzakami światła samochodu. Usłyszałam trzask drzwiczek. Patrzyłam w tamtą stronę. Światła zgasły, ale samochód nie odjechał. Zobaczyłam ciemną postać i zamarłam.




Tego się nie spodziewaliście! :D chyba... ok ok przepraszamy za ty że tak dłuuugo nie było rozdziału, ale no cóż, ferie są, to trzeba korzystać ;d spoko, 4 już się pisze, więc czeekajciee ;)) w między czasie zapraszamy na naszego pierwszego bloga http://allyouneedsislove3.blogspot.com/ POLECAMY ;D Komentujcie, bo to motywuje ;*** ~ Hermi xx




sobota, 24 stycznia 2015

Chapter 2


*Ida

 Sterczeliśmy u McMurfy'ego, a ta głupia dziewczyna udawała twardą. Wkurza mnie. Najlepiej, żebyśmy wyczyścili jej tą pamięć i wypuścili, bo doprowadza mnie do szału. Chyba nie chce mieć problemów?
- Powiedz, co widziałaś? - odezwał się McMurfy. Po co mu te informacje? Mamy o wiele ciekawsze zajęcia, niż przesłuchiwanie tej dziewczyny.
- Nic.
- Coś widziałaś. Powiedz mi o tym.
- Wypuście mnie. - czy ona nie rozumie? Im prędzej tym lepiej. Wyciągną jakieś stare sprawy jej rodziców i będzie miała problemy. Zerwałam się i ruszyłam do wyjścia.
- Ida?
- Spadam stąd. Nie mogę jej dłużej słuchać. - warknęłam i wyszłam, nie trzaskając drzwiami, żeby nie wyjść na obrażalską nastolatkę. Poszłam do swojej kwatery i usiadłam na łóżku, biorąc do ręki telefon. Włączyłam muzykę i poszłam do łazienki.
Oparłam się o umywalkę i spojrzałam w lustro. Nigdy nie lubiłam swojego odbicia. Wydawało mi się takie zimne, straszne. Jak byłam mała tata mówił mi, że jestem piękna. Uśmiechałam się wtedy i mówiłam, że on też jest piękny. Kolejne wspomnienie, które należy zamazać. Po co gromadzić w sobie głupie uczucia? Odwróciłam się gwałtownie, wyłączyłam światło i położyłam się na łóżku, podłączając słuchawki do telefonu.




*Sierra

- Tylko to, że ten palant - wskazałam palcem na Mulata. - I jeszcze jeden... kopali jakiegoś kolesia. - wytłumaczyłam bo miałam już wszystkiego dość.Miałam ochotę spać.
- Coś jeszcze? Coś się tam stało? - dopytywał.
- E-y...oprócz tego, że on zaczął mnie gonić i szarpać to tak coś się jeszcze stało. - skrzyżowałam ręce.Czekał aż skończę. - Nazwał mnie dziwką ten idiota. - pokazał mi język co odwzajemniłam.Bardzo sympatyczny koleś.Czarnoskóry zmroził wzrokiem tego e...jak mu to Zayn'a?
- I co Liam? Znalazłeś Sierrę Dowson? - mada fucka.Co za chorzy ludzie!
- No jest tu jakaś jedna, ale nie podobna do tej. - chłopak odwrócił monitor w jego stronę.Mężczyzna parsknął śmiechem.Patrzyłam na niego zdziwiona i zmieszana.
- No rzeczywiście... - mruknął i spoważniał. - To jak się nazywasz? Bo cię zaczniemy torturować. - wytrzeszczyłam oczy.Nie ma prawa! Nie jestem zwierzęciem, a tylko psychopaci tacy są!
- Japierdziele... - bąknęłam pod nosem. - Clarie...Sierra Clarie. - wydukałam.Chłopak zaczął cykać na klawiaturze i szukał czegoś wzrokiem.
- Jest.To na pewno ona. - czarny zaczął patrzeć to na mnie to na monitor.
- Ładniutka. - szepnął.Chyba myślał, że tego nie usłyszę.Sorry gościu, ale wole być singielką. - Co teraz robicie? - zapytał chłopaków.Wzruszyli ramionami. - To wy zrobicie to co wam teraz każę i po sprawie. - podszedł do nich i coś szeptał.W towarzystwie? Zero kultury.Podszedł do mnie chłopak z lokami.Hmm...nawet fajny gdyby nie był kryminalistą.
- Pójdziesz teraz ze mną. - wskazał na drzwi.A co jeżeli mnie zgwałci?! Lekko mnie popchnął.Szłam w ciszy, a on dreptał za mną.Czułam się jak więzień prowadzony do celi. - To tutaj. - otworzył drewniane drzwi i wpuścił mnie.Był to zwykły pokój.Łóżko stało na środku obok stały dwie nocne szafki.Jakieś szafki z książkami i okna z ciemnymi zasłonami.Pewnie nie chcą by ktokolwiek zobaczył co tu robią z ludźmi.Spojrzałam na chłopaka. - Siadaj. - rozkazał.Też milutki.Jeszcze zaledwie dwadzieścia minut temu uśmiechał się do mnie.Dziwny człowiek.Posadziłam swój tyłek na miękkim łóżku z baldachimem.Wyciągnął z barku szklankę.Nalał do niej wody i wrzucił jakąś białą pigułkę.Że co do cholery? Podszedł i podał szklankę.Patrzyłam na niego wystraszona.
- Wypij... nie bój się to nie będzie bolało. - kiedy to on powiedział poczułam się em... dziwnie? Po prostu mam skojarzenia i to mnie wkurza.Szybko wypiłam zawartość szklanki razem z pigułką.No i nawet dobrze...zapomnę o tym wszystkim i znów zacznę żyć tak jak wcześniej.
- Co ze mną zrobicie? - zapytałam lekko kiwając się na boki.Chłopak usiadł obok mnie.
- Odwiozę cię do domu. - i co? tyle? Fajnie.Miałam mroczki przed oczami i wszystko kręciło się dookoła.Czy ja jestem w jakiejś krainie czarów? Ha! Sierra w krainie czarów.
- Sierra, a twó... - upuściłam szklankę, która się rozbiła po czym sama runęłam na podłogę tracąc przytomność.

***

Bardzo powoli podniosłam jedną powiekę.Od razu przywitało mnie światło słoneczne.Potem otworzyłam drugie oko.Przeciągnęłam się i głośno ziewnęłam.Byłam taka wypoczęta.Jakbym spała ze sto lat.Leniwie wstałam z łóżka i powędrowałam do łazienki.
- Co dzisiaj jest? Środa czy czwartek? - mruczałam do samej siebie.Przeglądnęłam się w lustrze.Roztrzepotane włosy na wszystkie strony, trochę rozmazany makijaż i zmasakrowana sukienka.Co ja wczoraj robiłam?! Nic nie pamiętam.Po co ubierałam tą sukienkę i dlaczego wyglądam jak jakiś potwór?! Byłam wystraszona.
 - Niemożliwe. - szeptałam.Byłam oszołomiona, a moje myśli gubiły się.Czy to jakiś głupi żart?
Wzięłam szybką kąpiel i przebrałam się.Luźna biało-czarna koszula, szmaciane czarne legginsy, okulary aviatory i czarne vansy z elementami panterki.Luźno, ale stylowo.Gdy ogarniałam swoją twarz myślałam bez przerwy co się ze mną działo.Dlaczego nic nie pamiętam z wczoraj? Byłam z mamą w centrum handlowym i pokłóciłyśmy się.Tylko to utkwiło mi w pamięci.Może rodzice coś wiedzą.Zbiegłam na dół.
- Mamo! Tato! - wołałam, ale odpowiadała mi tylko cisza.Powinni być w domu.Czy ja o czymś nie wiem? Zapewne tak.Zanim otworzyłam  lodówkę zobaczyłam przylepioną żółtą karteczkę.Zerwałam ją i przeczytałam.
- Sierra, pojechałam z tatą do Oxfordu.Przyjedziemy 12 lipca. - przeczytałam na głos po czym zerknęłam na kalendarz.Dziś jest 12. Po co jechali na jeden dzień do Oxfordu? - Nie mogła napisać ''przyjedziemy jutro''? - nie rozumiem jej ogarniania świata.Tylko ubrania, buty, fryzjer i spa w jej głowie.Ponownie zajrzałam do lodówki.Nic oprócz mleka, ketchupu i jajek.Trzeba zrobić porządne zakupy.Zabrałam klucze do auta, portfel i telefon.W przedpokoju założyłam jeszcze fullcapa na głowę tyłem na przód, zamknęłam dom i pojechałam do supermarketu.

***

Wrzucałam różne produkty do wózka.Trochę było tego.Rozpędziłam się, wskoczyłam na metalowa rurkę i jechałam przez cały sklep do działu ze słodyczami i chrupkami.Mam na ich punkcie bzika! Wózek był dosłownie zapełniony od żelek, cukierków, chipsów i popcornu.Na sam widok tych pyszności ślina mi ciekła.Kolejka nie była zbyt długa.Stała przede mną jakaś kobieta z śliczną córeczką i jakiś blondyn.Nie wyglądał na potulnego baranka.Spojrzał na mnie i jakby się przestraszył.Zdziwiłam się.Wyglądam aż tak źle? Zmarszczyłam czoło i podparłam się łokciami na uchwycie wózka.
- A tobie co? - zapytałam całkiem spokojnie.Kilka razy zamrugał rzęsami i pokiwał głową.
- Nic, nic...chyba cię skądś kojarzę... - uśmiechnął się lekko.Jestem sławna?
- W to wątpię...całymi dniami siedzę w domu. - odparłam bawiąc się bransoletkami.
- Serio? To dlaczego ostatnio byłaś na imp... - zamilkł i nabrał dużo powietrza do płuc.Dziwny koleś. - A wiesz...musiałem cię chyba z kimś pomylić. - jego jasno różowe usta ułożyły się w mało przekonujący uśmieszek.
- Taa, chyba tak. - obrzuciłam go przelotnym spojrzeniem i wzięłam się za rozkładanie żarcia na tą taśmę, która porywa moje jedzonko do skanowania.Tajemniczy chłopak zapłacił za kilka paczek żelek misiów.
- Smacznego. - powiedział w moją stronę odchodzą.
- Dzięki - mruknęłam.

Ida*

- Rusz się. Jesteś żałosna. Każdy zrobiłby to lepiej! Postaraj się trochę! - Izzy stała nade mną od trzech godzin i krzyczała na mnie, kiedy podnosiłam ciężary w ogromnej siłowni. Izzy była główną trenerką. Uwielbiała się znęcać nad każdym, szczególnie nade mną. Byłam spocona, zgrzana, a w głowie od kilku dni siedziała mi głupia dziewczyna.
- Skup się! Jesteś jeszcze gorsza niż ostatnio. Czy to w ogóle można nazwać treningiem?! Zejdź mi z oczu! - rzuciła bidonem na ziemię i odeszła do innych osób w głębi pomieszczenia. Ostatkiem sił odłożyłam sztangi na podstawki i usiadłam.
- Okay? - Louis, w szarym spoconym podkoszulku stał w miejscu, w którym przed chwilą była Izzy. Obrzuciłam go pogardliwym spojrzeniem.
- Spadaj, nie mam nastroju na sprzeczki. - Potrząsnęłam głową i wstałam.
- Jasne. Chciałem tylko sprawdzić, czy wszystko w porządku. Izzy ma ostatnio jakieś problemy z mafią. Nie obwiniaj jej o to, okay? - Potarł czoło dłonią i upił kilka łyków ze swojego bidonu. Podniosłam wzrok. Nie pamiętam kiedy ostatnio powiedział do mnie coś nieobraźliwego. Nie miałam jednak ochoty na przejmowanie się tym.
- Dobra. - wzięłam ręcznik i skierowałam się do szatni, a z niej do pryszniców. Włączyłam gorącą wodę. niemal krzyknęłam, ale tego mi właśnie było trzeba. Rokoszowałam się gorącymi kroplami. Oparłam czoło o zimne kafelki i oddychałam głęboko. Po pół godzinie wytarłam się, ubrałam i powlokłam do mojej kwatery numer 208. Była 10 w nocy, ale położyłam się do łóżka i od razu zasnęłam, gdy tylko przyłożyłam głowę do poduszki.


Harry*

Razem z Zaynem i Louisem udałem się na salę treningową.Musimy trochę poćwiczyć przed kolejnymi misjami.Teraz na głowie mamy jeden z groźniejszych gangów Londynu.Trzeba się ich pozbyć zanim niewinni ludzie zostaną znowu zaatakowani, obrabowani czy zamordowani.Trochę czuję się jak jakiś tajemniczy super bohater, który ratuje innych z opresji.Wiem to głupie, ale fajne.Uderzałem w worek treningowy.Robiłem to z coraz większą złością.Nie liczyło się nic oprócz moich pięści i worka.Gdy walę w worek wyobrażam sobie kogoś kogo tak bardzo nienawidzę.Kogoś kto zabrał mi członka rodziny.Kogoś kto jest oszustem i zależy mu tylko na forsie.Nie czułem bólu, a wręcz przeciwnie.To była sama przyjemność.Gdybym mógł go teraz dorwać i zrobić coś strasznego.Polałaby się krew, ale nie z mojego nosa.Czułem jak ciepłe krople potu spływają po moim czole.
- Ej, stary! - od mojej pracy odciągnął mnie Louis.moja klatka unosiła się i opadała bardzo szybko. - Mamy tylko trenować nie rozwalać worki. - tłumaczył, a patrzył na mnie jak na chorego psychicznie.Przeczesałem palcami włosy i zamknąłem na chwilę oczy.
- Carlin. - szepnąłem cicho sam do siebie.Kiedyś dostanie za swoje.

Po treningu udałem się do swojej kwatery.Ściągnąłem mokrą koszulkę i rzuciłem ją na łóżko.Bez zatrzymywania wszedłem do łazienki, rozebrałem się i wziąłem długi, ciepły prysznic.Tego mi było trzeba.Odpoczynku od stresu.Gdy odświeżyłem się wysuszyłem włosy i poukładałem je.Trzeba jakoś wyglądać.Tyle tu fajnych pań, ale i tak jestem zajęty.Ubrałem się ,zamknąłem kwaterę wpisując kod i  i powędrowałem w kierunku kwatery Sary.Kilka razy zapukałem.Moja piękna zaraz otworzyła i porwała mnie.Tylko nie próbujcie myśleć, że znów się z nią przespałem.Powiedziałem znów? Tak, pieprzyliśmy się i to nie raz, ale czasem po prostu na to nie mam siły.
Leżałem na łóżku, a dziewczyna siedziała na mnie i bawiła się moimi loczkami.Co chwilę cmoknąłem ją w usta.Od jakiegoś czasu, dłuższego czasu jest inna.Nie rozmawiamy już tak szczerze ze sobą, nie mówi mi często, że mnie kocha i to mnie martwi.Bo mi na niej zależy i nie chcę jej stracić.Kocham ją.Odgarnąłem jej kosmyk włosów za ucho i pogładziłem po policzku.
- Jesteś moja. - szepnąłem jej na ucho po czym zacząłem składać pojedyncze pocałunki na szyi.Odsunęła się.Zdziwiło mnie to.Zawsze była chętna do naszych zabaw.
- Harry, nie dziś. - zniknęła za drzwiami łazienki.

*Ida

Zaraz po obudzeniu udałam się do wyjścia. Tak po prostu. Przysunęłam kartę identyfikacyjną do małego ekranu LCD. Urządzenie piknęło, a metalowe drzwi odtworzyły się cicho, szumiąc amortyzatorami. Znalazłam się w małym, ale gęstym lasku. Przeszłam kilka metrów i dotarłam do drogi, prowadzącej do przed mieści Londynu. Nad drzewami widziałam poświatę miasta. Niebo było jeszcze ciemne. Przeszłam przez drogę, aż dotarłam do bunkrów, gdzie wchodziło się na podziemny parking. Dotarłam do mojego auta i pojechałam podziemną drogą do Londynu. Dotarłam do metalowych drzwi, wielkości drzwi garażowych. włączyłam przycisk w samochodzie, a drzwi rozsunęły się na boki. Wjechałam samochodem na podziemny parking dużej galerii handlowej. Zaparkowałam, jak gdyby nigdy nic. Wysiadłam i ruszyłam na zakupy. Kupiłam sobie czarne legginsy, dwie pary jeansów, jedne ciemne, drugie jasne i jeansową kurtkę. W kawiarni zamówiłam kremową late i obserwowałam śpieszących się nie wiadomo gdzie ludzi. Kiedy wypiłam pozbierałam torby i ruszyłam w stronę parkingu. Podeszłam do windy i wcisnęłam przycisk. Zanim otworzyły się drzwi, z boku wpadła na mnie jakaś kobieta. Spojrzałam na nią. Miała czarne spodnie z mnóstwem niczemu nie służących pasków, czarną, luźną bokserkę i krótką, jeansową kurtkę, buty były czarne, wysokie, na grubym obcasie.
- Uważaj - warknęłam.
- Co tak ostro? - zapytała, wciskając przycisk. Winda ruszyła w dół. Wzruszyłam ramionami. Przyjrzała mi się. - Trenujesz?
- Ta. - założyłam ramię na ramię i oparłam się o ścianę windy.
- Jestem Tetris. - przedstawiła się. Nie mogłam się powstrzymać i parsknęłam śmiechem. Uniosła brew.
- Tetris? Jak taka gra? Tetris. - uśmiechnęłam się pokpiewająco. Przeszyła mnie zimnym wzrokiem.
- Tetris Washain. Należę do Gangu Scorp. - przeszedł mnie dreszcz. Najniebezpieczniejszy gang w Londynie. Spojrzałam na nią z ukosa. Nie mogę dać po sobie poznać, że wiem o co chodzi.
- Scorp?
- To skrót od Gangu Scorpiona. - wyjaśniła, jakbym była jakąś idiotką.
- A, no tak mogłam się domyślić.
Nadal stała i patrzyła na mnie uważnie. Przyglądała się moim ramionom, trzymającym ciężkie zakupy. Miałam zwykłą koszulkę na ramiączkach, było widać mięśnie.
- Trenujesz? - zapytała znów.
- Eee taa amatorsko. - odpowiedziałam wymijająco.
- Nie sądzę. Po co trenujesz? - patrzyła na mnie dziwnym wzrokiem, jakby mnie skądś znała.
- To się przydaje. - odparłam obojętnie.
- Oczywiście, że się przydaje. Nadajesz się do gangu. Najlepszego w Londynie. - powiedziała. Uniosłam brwi.
- Ja? Do gangu? - moje szare komórki pracowały na najwyższych obrotach. Gdybym należała do Gangu Scorp mogłabym go załatwić od środka. Przemycać ważne informacje, a potem zdusić w zarodku. Uśmiechnęłam się.
- Myślę, że to jest to co chciałabym robić. Gdzie mam się zgłosić? - zapytałam. Roześmiała się.
- Najpierw musimy sprawdzić, czy się nadajesz. Jutro o siódmej wieczorem przyjedź na stary parking na OldRoad obok nieczynnych magazynów. - typowe miejsce dla takich idiotów. Pokiwałam głową.
- Dziękuję. Będę na pewno.
Podała mi rękę, kiwnęła głową i oddaliła się. Ruszyłam do swojego samochodu. Rzuciłam zakupy na siedzenie obok i wróciłam do domu. Nie wiem, jak inaczej to nazwać. Kwatera 208 była niewielka, ale przytulna. Spory pokoik z łazienką to wszystko czego mi trzeba. Zadomowiłam się. Czuję się tak zupełnie jak w domu. Nie myślcie sobie, że SSO to jedyne moje miejsce zamieszkania. Mam mieszkanie w centrum Londynu, ale rzadko z niego korzystam. Wolę siedzieć tutaj i ćwiczyć na siłowni, by nie wypaść z formy. Trafiłam na tajny parking, zostawiłam auto i wróciłam poprzednią drogą do swojej kwatery. Gang Scorp. Chyba powinnam poinformować dowództwo. Mogli by się wkurzyć, gdybym nic nie powiedziała. Mogliby też uznać to za zdradę. Za zdradę drogo się płaci. Nie chcecie wiedzieć co zrobili z ostatnim facetem, przez którego wyciekły cenne informacje. Było to dwa lata temu. Od tego czasu nikt nie odważył się powiedzieć cokolwiek. Nie mam zamiaru popełniać tego samego błędu, co wszyscy główni bohaterowie różnych książek, którzy muszą podjąć taką decyzję. Nie będę działać na własną rękę, ani nie będę uważać, że sama sobie poradzę i że pewnie to ich nie obchodzi. Jutro rano wszystko powiem McMurfy'emu, a tymczasem położę się spać.

Sierra*

WŁĄCZ

Przygotowałam sobie pysznego kurczaka z sałatką.Rozsiadłam się w salonie i włączyłam telewizor.Jadłam i próbowałam się skupić na jakimś romansidle.Jednak moje plączące myśli nie dawały mi spokoju.Co się ze mną działo? Człowiek nie pstryknie palcami i od tak o wszystkim zapomina.To jest podejrzane.Zjadłam pyszne danie i wróciłam do swojego pokoju.Wyciągnęłam spod poduszki swój pamiętnik.Ściągnęłam z szyi mały, złoty kluczyk, który wisiał na łańcuszku.Otworzyłam kłódkę i zaczęłam kartkować magiczną książkę, która zawiera tyle prawdy o mnie i moim życiu.Nie jest to zwykły zeszyt.Nie zaczynam od słów Drogi pamiętniku..., ani nie piszę o tym jak to dziś ubrałam się do szkoły i że jakiś nieznajomy chłopak na mnie spojrzał i ojejku! Jestem cała w skowronkach!
Ten pamiętnik zawiera dosyć wiele mojego bólu jak i szczęścia.Niektóre kartki mają nawet ślady po moich łzach.Tak dużo razy się płakało nad tym zeszytem i pewnie nadal tak będzie.Gryzłam końcówkę od długopisu.Narysowałam małą samotną jaskółkę siedzącą na gałęzi.Czasem porównuję się do niektórych zwierząt.Dzisiaj jestem ptakiem, a jutro może będę leniwcem.Będę leżeć w łóżku, żreć chrupki, słuchać smutnej muzyki i pocieszać się  tym, że inni mają gorzej i też przechodzą w swoim życiu piekło.To głupie i chamskie, ale pomaga.

Jestem jak ptak.Chcę wzlatywać wyżej i wyżej, ale i tak moje gniazdo jest na ziemi.Zniszczone, brudne i zepsute gniazdo.Śnię, że latam samotnie pośród chmur.Cieszę się spokojem, powietrzem i zachodzącym słońcem.Przebieram swoimi skrzydłami by zdążyć.Zobaczyć co tam się kryje.Za słońcem, za horyzontem.Gdy wylatuję z kłębiastych chmur zaczynam robić różne zygzaki po niebie.Znikam razem ze słońcem.Na zawsze.Zaczynam  życie od nowa.W końcu mogę poczuć co to znaczy cieszyć się życiem.Zamykam na kilka chwil oczy po czym otwieram je...sufit.Biały, głupi sufit.Dotykam swojej twarzy.Moje skrzydła zniknęły.Nie mogę odlecieć.Mogę tylko o tym śnić i budzić się z tym samym wyrazem twarzy.Obojętnym, zawiedzionym...

                                                                                 ''Żyjemy tak jak śnimy- samotnie.'' Joseph Conrad


Odłożyłam długopis i jeszcze raz przeczytałam to co napisałam.Tak, to ma sens.
- Sierra! - usłyszałam krzyk taty.Wrócili.Urwałam się z łóżka i pobiegłam do przedpokoju. - Cześć córciu. - ojciec ucałował mnie w czoło i uśmiechnął się.
- Hej. - przywitałam się ledwo słyszalnie.Mama posłała mi tylko przelotne spojrzenie i krótkie cześć. - Dlaczego mi nie powiedzieliście, że jedziecie?! - podniosłam głos trochę zdenerwowana.Ojciec zrobił minę głupka i zarechotał.
- Przecież zostawiliśmy ci kartkę z informacją.Jesteś dorosła nie trzeba cię pilnować.Umiesz o siebie zadbać. - mówił przeglądając znowu jakieś papiery.
- Masz rację. - mruknęłam. - Wyprowadzam się. - gdy to wypowiedziałam matka się zakrztusiła pijąc wodę, a ojciec wybuchnął śmiechem.Tak wygląda wsparcie z ich strony.
- Wspaniale! - moja rodzicielka podeszła do mnie i potrząsnęła ramionami. - W końcu pokarzesz, że nie jesteś od nas zależna. - wiedziałam, że chce się mnie pozbyć a ten wklejony uśmiech to udawanie.
- Córeczko przecież boisz się zostać sama na tydzień w domu.Jak chcesz sobie poradzić w tak wielkim świecie? - zapytał ojciec całkiem poważnie.Pobiegłam do swojego pokoju.Wyciągnęłam spod łóżka walizki.Wrzucałam do nich wszystko po kolei z szaf.Ubrania, kosmetyki, książki i wszystko co się da.Dam sobie radę.Tata co miesiąc przelewa na moje konto dosyć sporą sumę, a oszczędności też mam nie mało.Usiadłam na łóżku i jeszcze raz przemyślałam swoje postępowanie.
- Nie zrezygnuję. - wyciągnęłam z kieszeni telefon i zamówiłam taksówkę.Zniosłam na dół ciężkie walizki.Rodzice siedzieli w salonie i  żartowali sobie.Nawet nie próbują mnie zatrzymać.
- Kochanie przemyśl to. - bąknął tata stając przede mną.
- Wiem co robię.Będziesz nadal przelewał mi kasę na konto? - kiwnął głową i poklepał po plecach.
- Ja, Thomas, uważam, że to doskonały pomysł.Dziewczyna musi się nauczyć żyć samodzielnie.
- Dobrze, ale gdzie się zatrzymasz? - ojciec miał rację.Co ja ze sobą pocznę? Dziadkowie mieszkają na innym kontynencie, kuzynostwo jest już dorosłe i nie pamiętam jak się nazywają, a wujkowie i ciocie? Tak, naprawdę to ich nie znam.Mam czasem takie przebłyski z dzieciństwa.Rudowłosa kobieta, która śpiewała mi słodką piosenkę do snu.No, ale i tak nic z tego.Mogła być każdym.Koleżanką, sąsiadką...
- W hotelu.  - zauważyłam przez okno, że mój środek transportu już stoi przed domem. - Do zobaczenia. - pożegnałam się i ruszyłam do samochodu.


***

Stałam przed ogromnym penthousem.Uśmiechnęłam się.Weszłam do budynku przez obrotowe drzwi.Rozejrzałam się dookoła.Wszystko było takie pozłacane i eleganckie.Niepewnie podeszłam do recepcji.
- Dzień dobry. - powiedziałam dosyć głośno.
- Witam Panią.W czym mogę pomóc? - zapytała ciemnoskóra kobieta z białych uśmiechem.
- Em...chciałabym wynająć mieszkanie. - odparłam.
- Jedno czy wieloosobowe?
-  Jedno. - mruknęłam.Kobieta coś wystukała w komputerze.
- Apartament czy zwykłe mieszkanie.
- Zwykłe, ale z dużym oknem na Londyn. - uśmiechnęłam się co ona odwzajemniła.
- Chwileczka...jest. - podała mi cenę za miesiąc.Pasowała mi.Trochę drogo jak na zwykłe mieszkanie, ale w końcu to jest penthouse.Wybrałam to miejsce do zamieszkania bo jest blisko dużego parku.Kocham zielone drzewa.- Proszę. - podała mi kartę pokoju i numer. - Mark! - zawołała.Podszedł do nas młody mężczyzna.Zabrał moje walizki i poszliśmy do windy.Gdy drzwi windy otworzyły otworzyłam kartą swoje mieszkanie.
- Przepraszam chyba pomyliśmy mieszkania. - mruknęłam patrząc na bogate WNĘTRZE mieszkania.Boy odstawił obok mnie walizki.
- Nie.To teraz jest pani mieszkanie. - spojrzałam na niego bardzo zdziwiona.
- Przecież to jest apartament. - wskazałam dłonią.
- Może tak wygląda, ale to jest zwykłe mieszkanie proszę pani.W końcu jest to penthose Alcazar.Jeden z  najlepszych w Londynie. - kiwnęłam głową.Dałam mu napiwek i odszedł.Zaczęłam zwiedzać moje nowe mieszkanie.Jest piękne! Mam ogromny widok na cały Londyn i park, a mój pokój jest świetny.Kręte, podświetlane schody mnie zauroczyły.Zjechałam po nich na rurce.Wyszłam na ogromny balkon.Szeroko się uśmiechnęłam i otworzyłam ręce jak Rose z Titanica.Śmiałam się z nowego życia.


- Jestem ptakiem! - biegałam i kręciłam po balkonie.Zapewne sąsiedzi z dołu nie są zadowoleni.Cały, wypasiony dom tylko mój.Zrobiłam zdjęcie mojego widoku i wysłałam rodzicom.Po tym jak się uspokoiłam poszłam rozpakowywać się.



środa, 31 grudnia 2014

Chapter 1


         

~Sierra~

Drogi św.Mikołaju!


W tym roku nie proszę o lalki, pluszaki czy inne małowartościowe rzeczy. Mam już aż 11 lat i zaczynam poważnie myśleć nad swoim życiem. Myślę, że ono nie jest takie kolorowe jak się wydaje... dziani rodzice, willa, drogie sprzęty i markowe ubrania. Na tym wcale mi nie zależy. Tym razem proszę o miłość. Od rodziców, koleżanek czy nawet chomika,... którego jeszcze niestety nie mam. Jeżeli to za drogie to trudno. Wiem, że masz tylko jedną noc by się wyrobić. Poczekam :)



                                                                                                                 Sierra Clarie


Po moim policzku spłynęło kilka pojedynczych łez. Zgniotłam list w kulkę i rzuciłam gdzieś w kąt pokoju. Schowałam twarz w dłoniach i zaczęłam rozmyślać. Wtedy wszystko wydawało się takie łatwe i prawdziwe. Wierzyło się w istnienie Mikołaja, Aniołka i zajączka, o nic się nie trzeba było martwić. Dzieci są naiwne i ja też. Wciąż wierzę, że kiedyś moje życie się zmieni, że coś się w końcu wydarzy. Tylko moja nadzieja powoli wygasa. Mam osiemnaście lat, ile jeszcze mam czekać?
Wytarłam mokre policzki i weszłam do garderoby. Muszę się przebrać z piżamy w baranki w coś bardziej codziennego. Nigdy nie miałam kłopotu z dobieraniem ubrań. W końcu moja matka idzie za modą. Wybrałam zwykłą kwiecistą sukienkę, letnią dżinsową kurteczkę i białe niskie trampki. Tak zwyczajnie. Nie malowałam się. Po co sobie niszczyć urodę? Przecież prawdziwe piękno kryje się w sercu, a nie na twarzy. Posprzątałam trochę w pokoju na zabicie czasu.
- Sierra! - zawołała mama. Szybko zbiegłam do kuchni. Ona nie lubi czekać.
- Tak? - spojrzałam na matkę. Wysokie obcasy, obcisłe czarne rurki i biała bluzka z wyciętym dekoltem. Zmierzyła mnie wzrokiem i wyglądała jakby zaraz miała puścić pawia.
- Coś ty na siebie założyła? - zaczęła machać przed moją twarzą rękami. - Wyglądasz jakbyś ubierała się w lumpeksie! Boże Święty trzymaj mnie. - czułam, że jest mi wstyd, ale dlaczego? Ubrałam się jak nastolatka. Nie zrobiłam nic złego.
- A-ale sama mi to przecież kupiłaś. - spuściłam wzrok na trampki. Zaczęłam nimi ocierać o podłogę.
- Rok temu dziewczyno! - czy ona musi robić kłótnie o byle co? - Nie denerwuj mnie od samego rana... - odwróciła się i zaczęła majstrować coś przy torebce. - Zjedz coś, za chwilę jedziemy do centrum handlowego. - dodała spokojniejszym tonem. Nie byłam głodna, ale wolę się jej nie sprzeciwiać. Kiedyś spróbowałam odpyskować i źle się to skończyło. Kara na laptopa, telefon, wyjście z domu... musiałam siedzieć nad książkami mimo przerwy świątecznej. Nasypałam kolorowych płatków do miski i nalałam mleka. Usiadłam przy wyspie i zaczęłam jeść. Tak naprawdę nigdy nie miałam dobrych relacji z mamą. Zawsze robi awantury o ciuchy, oceny czy znajomych. Zastanawia mnie dlaczego ona mnie tak nienawidzi? Kiedyś powiedziała, że jestem jedną wielką wpadką. Może to prawda?
- Witam Panie. - do kuchni wszedł tata poprawiając krawat. Pocałował mamę, a mi brało się na wymioty. Ona zapewne leci tylko na jego kasę. Jak na jej jedyną córkę jestem cholernie chamska, ale ona jak na moją jedyną matkę jest czarownicą, która chce mieć cały majątek ojca dla siebie. Tata podszedł do mnie i pocałował w głowę. Widziałam ten wyraz twarzy mojej rodzicielki. Szybko dokończyłam śniadanie i ruszyłam do auta. Okazuje się, że to ja muszę prowadzić. Ona nie ma czasu. Musi zrobić się na bóstwo.
Poprawiłam lusterko i zapięłam pasy. Do samochodu wsiadła mama.
- Ruszaj już. - syknęła. Pięknie, znów będzie mówić jakim jestem kierowcą. Będzie się czepiać o to, że zatrzymałam się na pomarańczowym świetle, że za szybko jadę, a później że za wolno. Oszaleć można przy tej kobiecie. Dziwię się, że ona jest moją matką.

***

Przetrząsnęła już wszystkie sklepy w centrum handlowym, a jej ciągle mało. Ile można?! To jest już obsesja. Stałam i patrzyłam na matkę zza szyby. W dłoniach trzymałam torby z ubraniami, butami i żarciem. Wszystko markowe, oryginalne i drogie. Oczywiście płaci kartą taty. Poczułam, że nagle tracę równowagę.
- Jak łazisz pala... - uniosłam wzrok na twarz nieznajomego. Zaniemówiłam. Piękne, niebieskie oczy roztapiały mnie, a blond włosy aż prosiły się by ich dotknąć.
- Przepraszam cię bardzo. Nie chciałem. - zatrzepotałam rzęsami i ułożyłam swoje usta w słodki uśmiech. Wypuściłam z rąk wszystkie torby i podałam mu rękę.
- Sierra jestem, miło mi. - byłam zaczarowana jego zniewalającym uśmiechem.
- Jestem Tyler, również mi miło. - zachichotałam. Byłam wpatrzona w niego jak w obrazek. W końcu uznałam, że to irytujące zachowanie. - Em... może w ramach przeprosin dasz się zaprosić dziś wieczorem? - on zaprasza mnie na randkę? On i ja randka?! Miałam ochotę skakać ze szczęścia, przytulać wszystkich.
- Może Mikuś spełni moje życzenie... - bąknęłam zapominając, że Tyler stoi tuż obok.
- Kto? - zapytał, a ja speszyłam się.
- Nikt ważny. - odparłam. - Dziś wieczorem? Jasne! - podałam mu swój numer i adres.
- Do wieczora piękna. - pocałował mnie w rękę i odszedł. O mamusiu moja pierwsza randka w życiu! Nikt nie może tego zepsuć. Nikt!... oprócz rodziców. Od razu posmutniałam. Zarąbiście i wszystko znowu jest do dupy. To jest nie fair.
- Sierra... - odwróciłam się. - Kim był ten chłopak? Czego od ciebie chciał? - zadawał co raz więcej pytań.
- M-mamo to jakiś nieznajomy. Wpadł na mnie i przepraszał. - wytłumaczyłam.
- No bo stoisz na środku jak ostatnia sierota! Przynosisz mi sam wstyd. - spuściłam wzrok na swoje trampki. Zaczęłam nimi ocierać o podłogę.
- I zaproponował  by się spotkać. - i po co to mówiłaś idiotko?! Głupi mózg. Matka miała wyraz twarzy jakby za chwilę miała kogoś zabić. - Ale odmówiłam mu. - wybroniłam się. Sztucznie się uśmiechnęła.
- Bardzo dobrze zrobiłaś. - oznajmiła zadowolona. - Nie będziesz się spotykać z takimi ludźmi. Ty wyjdziesz za mąż za kogoś z wyższej klasy. Za kogoś kto będzie cię rozpieszczał i kochał tak mocno jak twój ojciec.
- Ale to moja decyzja.
- Oh, nie! To mój obowiązek znaleźć dla ciebie kogoś odpowiedniego! - prawie krzyknęła. - Rozumiesz? - warknęła. Kiwnęłam głową lekko wystraszona.
Gdy wróciłyśmy do domu pobiegłam do swojego pokoju i zamknęłam się w nim.
- Nienawidzę cię! - krzyknęłam do poduszki.

~Ida~

 Pamiętam ból i ciemność. Zdenerwowana zerwałam się i usiadłam na łóżku. Dookoła mnie było biało. Pikały skomplikowane urządzenia. Bandaże okrywały całe moje ciało. 
 - Zawsze musicie to robić?! - wydarłam się w nicość. Wiedziałam, że ktoś usłyszy, podsłuchy i kamery są wszędzie. Drzwi otworzyły się i wszedł mój najlepszy przyjaciel. Założyłam ramię na ramię i odwróciłam wzrok. 
 - Ej, nie obrażaj się. - powiedział Liam. - Wiesz, że musieli to zrobić. - Usiadł na łóżku. 
 - No i co. Chcę zapamiętać chociaż jedną misję! Jak mam się uczyć czegokolwiek, skoro zawsze czyszczą mi pamięć! 
 - Twoje ciało się uczy - tłumaczył zawsze to samo. - A oni i tak wszystko nagrywają.  
 - Nie musieliby nagrywać, gdybym im powiedziała! Z mojej perspektywy chyba byłoby lepiej, nie? No wiesz dodałabym jakieś mądre komentarze, spostrzeżenia. - Kontynuowałam, chociaż wiedziałam, że to na nic.
 - Mówisz do nich cały czas przez mikrofon, więc późniejsze opowieści nie mają znaczenia. 
 - Powiedz mi chociaż czy zdałam - mruknęłam. 
 - Jasne że zdałaś, wątpiłaś chociaż przez chwilę? Pokażą najlepsze momenty z twojej misji, chcesz je zobaczyć? - podniosłam wzrok. 
 - Serio, mogę?
 - Jasne. - uśmiechnął się i wstał. Zrobiłam to co on i obejrzałam dokładnie swoje ciało. Liam parsknął śmiechem. - Wyglądasz jak mumia.
 - Dzięki, ja ciebie też. - odparłam i założyłam biały szlafrok, wiszący na oparciu krzesła. 



*** 


 Weszliśmy do dużej sali. Sufit był tak wysoko, że musiałam zadzierać głowę. Ściany były pokryte mnóstwem ekranów zapewne pokazujących obraz z kamer i tablic, w większości zapisanych. Na środku stał długi stół, wzdłuż którego siedzieli najważniejsi ludzie, których w większości nie znałam. Teraz, kiedy już zdałam i dostałam się do SSO mogę brać udział w zebraniach, udzielać się i tak dalej. Zastanawiacie się może co to jest SSO? Nic prostszego. Secret Spy Organization. Ciemnoskóry mężczyzna wskazał mi miejsce obok siebie. Liam poszedł w głąb pomieszczenia. 
 - Bob McMurfy. - przedstawił się facet obok mnie. Miał ziemne okulary, obszerny czarny płaszcz i bliznę, ciągnącą się przez prawą brew. 
 - Ida Turner. - przedstawiłam się również. Mężczyzna zdjął okulary. Schował je do wewnętrznej kieszeni płaszcza. 
 - Wiemy, dziecko. - powiedział, a reszta ludzi siedzących przy stole kiwnęła głowami, jak zsynchronizowana. Zauważyłam wśród nich Louisa, Nialla i Harry'ego, a dalej Liama i Zayna. Przyjrzałam się McMurfy'emu. Wydawał mi się niepokojąco znajomy.
 - Przepraszam, czy ja pana znam? - zebrani ludzie wydali jakieś dziwne dźwięki przypominające zduszone parsknięcie. Raczej nieprzyjemne.
 - Oczywiście, że mnie znasz. - odparł. 
 - Jasne. Tak mnie nafaszerowaliście tabletkami czyszczącymi pamięć, że gówno pamiętam. - Zdenerwowałam się. 
 - Jestem twoim wujkiem. - wyjaśnił łaskawie i stracił mną zainteresowanie. Wstał i przemówił.
 - Ida Turner dołącza do naszej organizacji. Jest to informacja tajna, więc pewnie wszyscy już wiecie. Nie traktujcie jej ulgowo.  - zwrócił się do mnie. - Otrzymujesz kwaterę numer 208. 
 Usiadł, a na środku stołu wyświetlił się hologramowy obraz mnie. Wspinałam się właśnie po piorunochronie. Miałam czarny, obcisły strój, wokół paska mnóstwo naboi, a na plecach spory karabin. O udo obijał się futerał na mniejszy rewolwer, a niżej był cienki pasek ze środkiem usypiającym. Rękawiczki były wyposażone w długie pazury, które pomagały w wspinaczce. Włosy miałam spięte w niskiego koka, na głowie opaskę, z zatrutą strzykawką, którą miałam wbić do właściciela kasyna, na które się właśnie wdrapywałam. I tyle pamiętam. Zawsze pamiętam co miałam zrobić, jakie miałam wyposażenie, ale nigdy nie wiem co dokładnie robiłam i czy mi się udało. 
  Patrzyliśmy, jak wskakuję na dach, potem znikam w szybie wentylacyjnym. Mała kamerka, umieszczona na ramieniu, obok mikrofonu pokazywała co się dzieje przede mną. Spadłam kilka metrów w dół i dość boleśnie łupnęłam. 
 - Ałć, to musiało boleć. - Skomentował ktoś, a kilka osób przytaknęło. 
 Dosyć długo przeciskałam się szybem. Potem kilka scen wycięto, jak narzekam i rozmawiam z Liamem przez mikrofon. Dotarłam do kratki wentylacyjnej. Było widać biuro, nikogo nie było w środku. Liam powiedział, że to jest to miejsce. Weszłam do środka i przeglądałam dokumenty, przybliżając je do kamerki. Te sceny wycięto, żeby nieupoważnieni ich nie zobaczyli. Na przykład ja. Nagle zerwałam się i schowałam za pokaźną rośliną. Do środka wszedł gruby mężczyzna i skąpo ubrana kobieta. Jeżeli można ją nazwać kobietą. Kolejne wycięte sceny i wreszcie facet został sam. Siedział na dużym, biurowym fotelu i palił cygaro. Roślina stała niedaleko. Podeszłam cicho. 
 - Witaj Iga. - usłyszałam tylko. Potem odgłos naciskanego jakiegoś przycisku. Moja ręka wstrzykująca mu truciznę. Potem szybko uciekłam przez drzwi. Przez szyb już nie mogłam. Kratka została zdalnie zablokowana. Uciekałam po schodach. Żeby przyspieszyć przeskakiwałam przez poręcze. Ktoś mnie gonił, kamery obracały się w moją stronę, żaluzje szybko opadały. Byłam chyba na drugim piętrze, kiedy dostrzegłam duże okno z żaluzją opuszczoną dopiero do połowy. Widziałam jak biorę rozbieg i wybijam szybę własnym ciałem, lecąc na łeb na szyję na dół. Usłyszeliśmy głośny łoskot, kiedy spadłam na kontener na śmieci, na szczęście zamknięty. Kamera pokazała, duże wgniecenie na pokrywie, chyba biegłam, albo próbowałam. Wpadłam do lasu, obraz się trząsł.
 Uciekałam resztkami sił. Mikrofon działał tak słabo, że nie dało się zrozumieć co mówiłam, ale chyba wzywałam pomoc. Upadłam na kolana. Kamera ujęła moje zakrwawione ręce. Pozbierałam się i biegłam dalej, aż dopadłam poobdzieranych drzwi, w jakimś starym domu. Dotknęłam dłonią miejsce koło klamki, a drzwi się otworzyły. Zataczając się weszłam do środka i podtrzymałam się ściany. Kamera pokazywała pod kątem jakąś postać. Niewiele było widać. Kamera samoczynnie włączyła noktowizor i było widać, że postać to mężczyzna. Wyprostowałam się znowu, mężczyzna coś powiedział i film się skończył.

Sierra*

Przebudziłam się. Czułam, że mam lepkie policzki od płakania. Za oknem było już ciemno. Spojrzałam na tykający zegarek na ścianie.
- Już ósma? - mruknęłam trochę zdziwiona. Musiałam cały dzień przespać! Jak to możliwe? Nienawidzę długo spać. Wygrzebałam się z łóżka i spojrzałam na telefon. Wiadomość od Tylera. Uśmiechnęłam się.
'' Będę za 20 minut xx'' 
Zamarłam. Co ja mam zrobić? Rodzice trzymają mnie pod kloszem. Nie namówię ich. Jeszcze raz spojrzałam na sms'a. Chociaż... oni wcale nie muszą o niczym wiedzieć. Chytrze się uśmiechnęłam i pobiegłam do łazienki. Nie zdążę się umyć. Powąchałam się.
- Jest dobrze. - szybko zrobiłam porządek z włosami i twarzą. Wiem, mówiłam że się nie maluję, ale dziś będzie wyjątek. Trochę tuszu, cieni i błyszczyk. Włosy polokowałam po czym wyciągnęłam z szafy super sukienkę. Czerwona, obcisła, do połowy ud i bez ramiączek... nigdy nie przypuszczałam, że ją włożę, a tu w końcu ten dzień nastąpił. Szyję przyozdobiłam srebrnym, świecącym łańcuszkiem, a na stopy założyłam czarne szpilki na platformie. Spojrzałam do dużego lustra.
- Wow... - pierwszy raz się poczułam jak jakaś księżniczka. Jakoś nie szczycę się bogactwem moich rodziców. Nie czuję się przez to lepsza i ważniejsza jak to niektórzy uważają. Szczerze to próbuję to ukryć. Staram się być skromną, zwykłą nastolatką. Przecież pieniądze szczęścia nie dają. Z moich przemyśleń wyrwało mnie pikanie telefonu.
Tyler: ''Już jestem, śliczna''.
Zgięło mnie. Nikt nigdy tak mi nie napisał. Zaczęłam cicho podskakiwać ze szczęścia. Nabrałam powietrza do płuc.
- Dziś moje życie się odmieni. - szczerzyłam się jak głupia. - O to dzień, w którym Sierra Clarie w końcu się zabawi. - dodałam zachwycona.Postanowiłam się wymknąć przez balkon.Powoli otworzyłam drzwi i jak kot zeszłam po schodach prowadzących na taras. W sypialni rodziców zgasło światło.
- Jest... poszli spać. - albo robić coś innego. Szybko odgoniłam tą zboczoną myśl.Fuj.Cichaczem wymknęłam się z posiadłości Clarie'ów. Jak to głupio brzmi. Chwilę potem znalazłam się w aucie Tylera na miejscu pasażera. Przywitaliśmy się, ale zaraz potem zaczęło robić się ciepło. To sumienie? Strach? Albo oba? To nie było przyjemne uczucie. Po dłuższej chwili milczenia odważyłam się zapytać.
- To... gdzie mnie zabierasz? - trochę się go wstydziłam. Wstydziłam się cokolwiek powiedzieć. To nie było to samo uczucie gdy spotkałam go w domu towarowym.
- Do najlepszej miejscówki w tym mieście, śliczna. - miejscówki? Chodzi mu o jakąś restaurację? Dziwnie to teraz nazywają. Kiwnęłam głową i dalej już się nie odzywałam.
Kilkanaście minut później zaparkowaliśmy przed jakimś budynkiem. Stało przed nim dużo osób.
- Jesteśmy. - zamrugałam kilka razy rzęsami. Gdzie my jesteśmy? Nie znam tego miejsca, a mieszkam w Londynie od urodzenia. Wysiadłam z samochodu. Tyler objął mnie w pasie i zaczął prowadzić w stronę tłumu. Podszedł do jakiegoś faceta w czerni. Na oczach miał czarne okulary, a z boku słuchawkę na ucho. Chłopak szepnął mu coś na ucho. Byłam zdezorientowana. O co chodzi?
- Chodź mała. - ścisnął mój nadgarstek i wprowadził do głośnego miejsca.Wyrzuciłam z głowy słowo ''mała''.
 Nie mogłam uwierzyć własnym oczom... on zabrał mnie do klubu! Myślałam, że to będzie jakieś romantyczne miejsce, a nie taki burdel. Pod ścianami całowały się jakieś pary, spoceni ludzie ocierali się o mnie, a hałas ogłuszał. Podeszliśmy do baru. Jakiś młody, opalony chłopak wycierał kieliszki, podszedł do nas.
- Co pijesz? - zapytał blondyna. Chyba się znają.
- Madrasa.
- A dla Pani? - spojrzał na mnie i pożerał wzrokiem. Czy ja wyglądam jak mięso? Palcami obciągałam sukienkę jak najniżej.
- Woda. - odparłam po czym obaj wybuchnęli śmiechem.
- Tutaj nie pijemy wody skarbie. Dla niej też Madras. - Tyler kiwnął ręką do barmana. Aha... dziwne. Barman podał nam szklanki z trunkiem. Tyler szybko wypił połowę. Wytrzeszczyłam oczy i by nie zrobić z siebie idiotki to wypiłam trochę. Skrzywiłam się. Strasznie mnie piekło w gardle.Substancja była gorzka, paliła moje podniebienie i język. No i jednak zrobiłam z siebie idiotkę.Pewnie pomyślą, że jestem jakąś sztywniarą.
 Odłożyłam prawie pełną szklankę i usiadłam na wysokim krześle.
- To może jednak podają tą wodę. - oznajmił rozbawiony Tyler. Barmanowi też było do śmiechu. Zawstydziłam się. Wypiłam zaraz dwie szklanki wody i machnęłam do chłopaka o jeszcze jedną.
- Tylko się nie upij. - mruknął opalony.Przewróciłam teatralnie oczami.
- Albo nie posikaj. - dodał blondas. Znów zachichotali i przybili piątkę. On jest wredny. Nie taki za jakiego go miałam.Nie powinnam oceniać książki po okładce.
- Skarbie zostań tu. Za moment wracam. - szepnął na ucho i odszedł gdzieś w głąb tłumu. Zostawił mnie samą. Co za palant.

15 minut później...

Gdzie on jest?! Moment to chwila, a jego już nie ma tyle czasu. Zaczęłam się niecierpliwić i wiercić na stołku. Stukałam palcami o blat i wyglądałam za chłopakiem. Dłużej już tak siedzieć nie potrafiłam. Zerwałam się i zaczęłam szukać chłopaka. Pijani ludzie byli tacy żałośni, a ich zapach drażnił moje nozdrza. Przepychałam się między szalonymi ludźmi przez jakiś czas aż znalazłam Tylera. Stał do mnie tyłem, a przed nim klęczała jakaś laska. Nie mogłam uwierzyć własnym oczom. Czy ona właśnie mu... o nie! Ohyda!
Odepchnęłam rozdrażniona przypadkowego pijanego kolesia na bok.
- Ty gnoju! - chłopak momentalnie się odwrócił słysząc mój krzyk.
- Sierra ja... - nie traciłam czasu na jego wymówki i uciekłam. Chciałam wrócić jak najszybciej do domu. Do ciepłego, bezpiecznego domku. Spojrzałam do tyłu czy biegnie za mną. Nie widziałam go.
- Czyżby czerwony kapturek zgubił drogę? - usłyszałam nad sobą jakiś męski, gruby głos. Spojrzałam do góry. Jakiś obcy, łysy facet położył swoje brudne łapska na moim tyłku. Od razu strzepnęłam jego dłonie. Wzięłam nogi za pas i wybiegłam z tego piekła. Na zewnątrz już nikogo nie było. Nawet auta nie jeździły, a przecież to Londyn! Złapałam się za klatkę piersiową i szybko oddychałam. Świerze powietrze - tego potrzebowałam. Gdy już się uspokoiłam pojawiły się inne problemy. Jak wrócę do domu? Gdzie jestem? Autobusy o tej godzinie nie kursują. Rozpłakałam się i usiadłam na ławeczce. W jakie gówno się w pakowałam. Rodzice mnie zabiją, zamkną na klucz albo poćwiartują! Sierra kretynko jak mogłaś się tak omamić tym chłopakiem? Nie wiesz o nic nic oprócz imienia. Wygrałaś konkurs ''Naiwnej kretynki roku''. Schowałam twarz w dłoniach, po czym wstałam i ściągnęłam buty z stóp. Złapałam je do prawej ręki i zaczęłam iść. Nawet nie wiedziałam gdzie, ale nie miałam zamiaru tak nic nie robić. Byłam przerażona. Ciemna ulica, szczury w śmieciach i ten chłód który mnie męczył. Usłyszałam jakieś jęki za rogiem. Przystanęłam.
- Gdzie twój szef ?! - warknął jakiś chłopak. Podeszłam bliżej i wyjrzałam zza rogu. Na chodniku leżał nieznany mi facet, a nad nim stały jakieś dwa groźne typy. Nie widziałam ich twarzy, byli w kominiarkach.- Nie będziesz gadał? Proszę bardzo! - jeden z nich mocno kopnął leżącego w brzuch. Wystraszyłam się, ale nadal patrzyłam z ukrycia. Facet zwijał się z bólu i zaczął pluć krwią. Cicho pisnęłam, ale za głośno. Usłyszeli mnie. Zerwałam się do biegu. Oczywiście boso. Słyszałam, że niedaleko za mną ktoś biegnie. Wiedziałam, że już po mnie, ale dalej biegłam. Biegłam i nie poddawałam się. Jednak to głupie, biec, nawet nie wiedząc gdzie. Z moich oczu płynęły łzy, a nogi były pokaleczone od szkła i kamieni. Cierpiałam, a na dodatek jakiś psychopata mnie gonił. Biegłam przez ciemny park po mokrej trawie. Spojrzałam w tył. Nie było tam nikogo. Poczułam szczęście, radość. Udało mi się? Uciekłam im? Przeżyję? Cofałam się tyłem sprawdzając czy na pewno nikt nie biegnie.Moje nadzieje nie trwały zbyt długo.
- Prawie ci się udało.. . - usłyszałam czyiś głos za sobą.Gwałtownie się odwróciłam.Jakiś szaleniec z maską na twarzy stał kilka kroków ode mnie.Podszedł bliżej, a ja miałam coraz więcej łez w oczach.
- B-błagam zostaw mnie. - biedna ty głupia Sierro.On na pewno grzecznie odejdzie z miłym uśmiechem na twarzy.
- Przykro mi, ale nie mogę. - odparł obojętnie i złapał mocno za nadgarstki.Wyrywałam się, ale na darmo.Traciłam tylko siły.Upadliśmy na trawę.Krzyczałam, ale zatkał moje usta swoją łapą.Ugryzłam go.
- Kurwa... - jęknął i puścił.Gdy miałam chwilę podniosłam się i chciałam uciec, ale złapał za moją nogę. Odruchowo uderzyłam go  stopą w skroń. Znów mamrotał coś pod nosem i wkurzył się. - Nie będzie mnie taka dziwka bić! - krzyknął i złapał mnie w pasie, a potem przerzucił przez ramię. Przepraszam, czy ja wyglądam jak worek? Albo dziwka? Nie!
 Machałam nogami, biłam go w plecy, ale on jakby nie czuł tego. Modliłam się o pomoc, ale gówno to dało. Czy wszyscy śpią?! Po chwili znalazłam się w bagażniku jakiejś ciężarówki. Chłopak związał moje dłonie i nogi, a usta zakneblował jakąś białą chustką.
- I bądź grzeczna... - odszedł zamykając z hukiem drzwi. Chciałam żeby w  życiu mnie coś spotkało, ale nie to! To miała być noc, która zmieni moje życie na lepsze. Nie na kryminał.

*Ida

- Ida? - do mojej kwatery bez ostrzeżenia wszedł Liam. Podniosłam wzrok znad nowego telefonu, który przed chwilą dostałam. - Chodź, musisz kogoś poznać.
 Zaraz wyszedł, więc schowałam telefon do kieszeni i ruszyłam za nim. Mijaliśmy wiele drzwi i przeliśmy chyba z tysiąc kilometrów i dziesięć tysięcy schodów w dół, zanim dotarliśmy do ciężkich, metalowych drzwi, zabezpieczonych milionem kłódek, przekładni i zakładek. Spojrzałam na Liama.
- Zapewne siedzi tu Hitler, Bin Laden, Goliat, a może jakiś inny cholernie niebezpieczny seryjny morderca, jakaś cesarzowa zła, a może nowoczesny superrobot, stworzony, żeby zniszczyć ludzkość?
Liam parsknął śmiechem i pokręcił głową.
- Możesz się troszkę rozczarować.
- Może być coś gorszego od superrobota? - zdziwiłam się.

- Ymm... - mruknął tylko i wziął się za otwieranie drzwi. Najpierw pootwierał kłódki, potem całą resztę, wpisując kilka kodów. Odsłonił się mały ekranik LCD, do którego Liam przyłożył rękę. Spojrzał na mnie znacząco i zrobiłam to samo. Kilka przekładni kliknęło metalicznie i drzwi ustąpiły. Liam pociągnął je do siebie i weszliśmy do środka. Było ciemno, Liam kliknął włącznik światła i moim oczom ukazał się widok zupełnie nie pasujący do sposobu zabezpieczenia drzwi. Po lewej stała prycza, zakryta miękkim materacem, poduszką i czerwonym kocem. Po prawej był mały, więzienny stolik, przykryty białym, koronkowym obrusikiem, na którym stał szklany wazonik z jednym, małym kwiatkiem. Na prostym krześle, przy stoliku leżała ozdobna poduszeczka, a w oknie wisiały firanki w czerwono-białą kratkę. Spojrzałam na Liama. To zdecydowanie nie była cela superrobota, przeznaczonego do unicestwienia ludzkości, chyba że superroboty w wolnych chwilach robią sweterki na drutach, żeby ułatwić synchronizację z głównym serwerem, albo coś w tym stylu. Liam wskazał mi ciemny kształt pod oknem. Podeszłam bliżej, ostrożnie, bo może superroboty, przyjmują taką pozycję, kiedy wchodzą w stan uśpienia. Lekko kopnęłam to coś w nogę.
- Ida! - Zza Liama wpadł Harry. - Nie kop jej! Przeżyła wstrząs!
- Przeżyła? - zdziwiłam się. - I jak tu wszedłeś? Liam? Nie zamknąłeś drzwi! To coś mogło uciec!
- To coś? - zdziwił się Zayn, wchodząc jak gdyby nigdy nic. W celi robiło się tłoczno. - Spoko nie może uciec. Siedzi w tej pozycji już dobre kilka dni.
- A może już umarła? Wtedy to by było kiepsko. - Louis też jakoś się wcisnął. Obrzuciłam go lodowatym spojrzeniem.
- Umarła? - Niall był ostatni. Zamknął za sobą drzwi.
- Dobra o co chodzi?! - wkurzyłam się. - Pokazujecie mi jakiegoś robota, w pokoiku laki barbie?! To nie jest normalne! - Wszyscy parsknęli śmiechem, a ja jeszcze bardziej się wkurzyłam.
- Nie jestem robotem. - doleciał do moich uszu zdziwiony, cichy, słodziutki głosik, młodej dziewczyny. Wszyscy zamarli i spojrzeli w stronę, skąd doleciał głos.
- Pierwszy raz odezwała się, nie wrzeszcząc - ucieszył się Zayn. - Patrz, mam jeszcze siniaka. Umiesz porządnie kopnąć. - zwrócił się do niej. Wstała ostrożnie i zachwiała się. Nie jadła nic od kilku dni. Naszym oczom ukazała się urocza twarzyczka, otoczona brudnymi, skołtunionymi włosami, rozmazany makijaż, od ciągłego płaczu, zmaltretowana sukienka i bose stopy, otoczone czystymi bandażami. Czyli pewnie coś sobie zrobiła w stopy, nie wiadomo czemu znalazła się u nas i my wspaniali ludzie, otoczyliśmy ją opieką bliźniego, wystroiliśmy celę i wyleczyliśmy rany. Jestem z nas dumna, ale nadal coś mi nie pasuje. Patrzyła na nas jak na wrogów. Bała się nas.
- Czego chcecie? Przecież nic nie zrobiłam. - po jej policzkach spływały kolejne łzy. Harry westchnął obok mnie.
- O co jej chodzi? Co ona tu robi? Odpowie mi ktoś wreszcie?! - byłam zła i zdezorientowana. Nienawidziłam, kiedy wszyscy wokół wiedzieli o co chodzi, tylko nie ja.
- Byliśmy na misji. - wyjaśnił Niall. - Złapaliśmy... - spojrzał na nią. - No... wiesz, tego, kogo mieliśmy złapać. Dostał za swoje i już więcej nie będzie sprawiał problemów. Siedzi tak ze trzy piętra niżej. - Jakby ktoś nie wiedział jesteśmy pod ziemią. - Oczywiście nie wypuściliśmy go. A ona.. napatoczyła się i wszystko widziała. Mieliśmy kominiarki, ale i tak istniało ryzyko.
 Poukładałam sobie wszystko w głowie.
- Chyba nie chcecie jej zabić? - spojrzałam na dziewczynę. Trochę szkoda by jej było. Nic nie zrobiła, po prostu miała strasznego pecha. Spojrzała na mnie wystraszona.
- Jasne, że nie. Głupia jesteś? Wyczyścimy jej pamięć. Tak jak tobie. - Louis spojrzał na mnie ze złowieszczym uśmiechem. Uwielbia mnie wkurzać i przypominać mi, to co mnie najbardziej denerwuje.
- Wyczyścicie mi pamięć? - znowu nasza uwaga skupiła się na drobnej dziewczynie. - A jak nie chcę?
- To cię zabijemy. - powiedział Louis ze śmiertelną powagą.
- Nie możecie tego zrobić. - przestraszyła się. Zayn parsknął śmiechem.
- Oczywiście, że możemy, mała. Ale spoko nie masz się czego bać. To w ogóle nie boli. Prawda, Ida?
- Zamknij ryj. Liczę do trzech i masz to odszczekać. Raz, dwa trzy. - rzuciłam się na niego i wykręciłam rękę.
- Auć, dobra, dobra, bo złamiesz mi paznokieć. - bronił się Zayn.
- Przeproś. - Wzmocniłam uścisk. Gdybym trochę bardziej się postarała, mogłabym mu złamać rękę.
- No sorry. - powiedział w końcu. Puściłam go i jeszcze na deser walnęłam pięścią w miejsce, gdzie chyba powinien być mostek. Poczułam porażający ból z dłoni.
- Co to kurde jest?! - potrząsnęłam dłonią.
- Kamizelka kuloodporna, ha! - wyszczerzył się. Pokazałam mu język. Zaśmiał się i mnie przytulił. No można i tak.
- Ej, ciągle tu jestem. Nie możece mnie po prostu wypuścić? Obiecuję, że nic nie powiem. - powiedziała dziewczyna. Naiwna.
- Uwierz, że bardzo chętnie bym cię wypuścił, ale nie do nas to należy. Mamy cię tylko dostarczyć na górę. - Harry uśmiechnął się do niej. Tępak.
- Dostarczyć? Nie jestem rzeczą! - usiadła zdenerwowana na łóżku. Dobrze, że chociaż tyle wie.


*Sierra

Cała się trzęsłam ze strachu i z zimna.Próbowałam zrobić wszystko by moje ciało nie dygotało, ale nic nie skutkowało.Byłam w szoku.Nic do mnie nie docierało.Chciałam zasnąć i więcej się nie obudzić.Tak po prostu.Leżałam na materacu w jakimś pokoiku, o ile nie była to cela.Miałam otworzone oczy, ale nie ruszałam się.Zaczynałam bać się samej siebie.Od paru dni nic nie jadłam i nie piłam.Głód jaki odczuwałam był okropny.Nigdy czegoś takiego nie odczuwałam.Zawsze wszystkiego miałam pod dostatkiem.A teraz? Zginę w jakimś burdelu.Taki happy end.Usłyszałam otwieranie metalowych drzwi.Do pomieszczenia weszły dwie osoby.Jak poznałam po głosie to dziewczyna i chłopak.Coś gadali między sobą, ale nie słyszałam wszystkiego.Poczułam tylko jak ktoś kopnął mnie w nogę.Nawet nie jęknęłam.Nie miałam na to siły.Potem zbiegło się więcej osób.Super...teraz zaczną się jakieś tortury i tak dalej.Zawsze chciałam tak skończyć swoje życie.Normalnie skaczę z radości.
- Nie jestem robotem. - miauknęłam coś.Nawet nie kontrolowałam siebie i tego co mówię.Ze mną jest na prawdę źle.Cisza, a potem znów głosy.Resztkami sił wstałam kołysząc się.Moje okaleczony stopy wciąż bolały.Podniosłam głowę do góry, a wszyscy patrzyli na mnie jakby pierwszy raz człowieka widzieli.Każdy z  nich był dziwnie groźny.Tatuaże, kolczyki i fałszywe uśmieszki na gębie.Chłopak o ciemnej karnacji miał siniaka nad brwią.To pewnie ten, któremu przywaliłam butem.Już go nie lubię.Na przeciwko mnie stała jakaś laska.Ta też gapiła się jakbym urwała się z burdelu...albo tylko mi się zdawało.Prosiłam ich by mnie wypuścili, ale oni wyskoczyli nagle z jakimś wyczyszczaniu pamięci! Ja nie jestem zabawką.
- Tracimy tylko czas.Idziemy na górę i to w podskokach. - odezwał się wkurzony chłopak o jasnoróżowych włosach.Taa... w podskokach.Łatwo ci mówić kretynie.Machnęli ręką bym szła pierwsza.Wolałam im się nie sprzeciwiać.Kulejąc obeszłam jakiś durny stolik z tego durnego pokoju.Ktoś złapał mnie za ramię.Znowu ta dziewczyna.Ida? Tak chyba się nazywała.
- Nie tak szybko. - zmroziła mnie wzrokiem.Wiedziałam, że od razu się polubimy.Taka sympatyczna osoba.Prowadziła mnie gdzieś na górę po zimnych schodach.Czułam się jak pies na smyczy, ale moje stopy już nie wytrzymywały.
- Może cię zanieść? - zapytał jeden z głosów za mną.Przewróciłam oczami.
- Jacy wy gościnni i mili...będę częściej wpadać. - odparłam nie odwracając się.
- Już cię lubię. - zarechotała sarkastycznie dziewczyna.
- Twój problem. - czy ja muszę mówić wszystko co pomyślę? Najchętniej wyrzuciłam bym swój mózg przez okno i kupiła nowy.Laska mruknęła coś i zamknęła się.No i dobrze.
Po jakimś czasie zatrzymaliśmy się.Znów metalowe drzwi, ale za to miętki, czerwony dywan.Robią postępy.Kazali mi się odwrócić tyłem.Powoli spełniłam ich życzenie.Jakieś dziwne klikanie, dźwięki i odgłos otwieranych drzwi.Jakieś cienkie since fiction.Weszliśmy do środka.W pomieszczeniu było ciepło i jasno dzięki dużym oknom.Na środku stało duże biurko i czarny fotel.
- Jest dziewczyna.My już pój...
- Zostańcie wszyscy.Przecież to przez waszą grupę ona tu się znalazła. - powiedział jakiś męski głos, a zraz odwrócił się fotel.Siedział na nim czarnoskóry mężczyzna. - Witamy Panią w naszych skromnych progach. - ukazał szereg białych zębów i wstał.Patrzyłam na niego jak na idiotę.Moi jakże wspaniali znajomi rozsiedli się pod oknami.Mężczyzna podszedł do mnie i patrzył prosto w oczy przez kilka chwil.Trochę mnie to denerwowało i peszyło.
- E-y...wszystko w porządku? - zapytałam pewna siebie.Facet podrapał się po głowie.
-  Tak, dzięki że pytasz. - zaczął chodzić wokół mnie.Czy oni mają jakiekolwiek ograniczenia? - Jak się nazywasz dziecko? - zapytał po chwili.
- Dzieckiem byłam w przedszkolu prze Pana. - kiwnął głową. - A po co Panu to wiedzieć? Zróbcie  to swoje jakieś pranie mózgu i dajcie mi spokój. - zarechotał dziwnie.
- Powtórzę pytanie.Jak masz na imię? - zbliżył swoją twarz do mojej.Jakoś nabrałam odwagi.
- Przepraszam, ale w tym budynku obowiązuje ochrona danych. - zamrugałam kilka razy rzęsami i słodko się uśmiechnęłam.Facet chyba się wkurzył.Usiadł na czarnym fotelu i zaczął się kręcić.
Stałam tak znudzona już jakiś czas.Patrzyłam na ozdabiany sufit, na regały z książkami i roślinki.Miło tu by było gdyby nie te typy.Miałam dosyć.Stałam tak od 5 minut i czekałam na zbawienie.Nie wytrzymałam.
- Sierra! - wybuchnęłam.Czarnoskóry uśmiechnął się.On jest powalony czy powalony?
- Nazwisko?
- Pisze pan książkę?
- Skąd wiedziałaś? - wyszczerzył się.
- Dawson. - skłamałam.Chyba pierwszy raz w życiu.Coś nowego.
- Grzeczna dziewczynka. - odparł zadowolony. - Liam poszukaj mi Sierry Dawson w bazie danych. Jak nie znajdziesz, a przypuszczam, że tak właśnie będzie to wprowadź jej zdjęcie i poszukaj.
- Macie moje zdjęcie? - wkurzyłam się.
- No jasne. - odezwała się Ida. - A myślałaś, że jesteśmy tacy tępi? To duża organizacja, nawet sobie nie wyobrażasz. Możemy cię zetrzeć na proch, a twoje resztki wrzucić do oceanu i nikt nawet nie zauważy. - No nie powiem, miła osóbka.


Tym miłym akcentem zakończyłyśmy rozdział 1. Nie jest jakoś świetny, ale to początki na tym blogu, więc mamy nadzieję, że potraktujecie nas ulgowo :> Łapcie linka do naszego pierwszego bloga, który piszemy już od jakiegoś czasu. Też oczywiście o 1D :) to tyle na razie. Rozdział 2 pojawi się wkrótce. ~ Hermi

-------->>      http://allyouneedsislove3.blogspot.com/  

poniedziałek, 29 grudnia 2014

Prologue




 ***

 Ciemność. I tyle. Nic więcej nie było widać. Czuła się przygnieciona ciemnością, bólem i... strachem? Czuła strach? Na to wygląda. Strach jest zły. Strach jest słabością. Tylko słabi i maminsynki czują strach.
  Jakaś postać stała przed nią. Czuła się głupio, wiedząc, że się boi, że jest niepewna tego, co się wydarzy. Ubranie miała podarte od przedzierania się przez gęsty lat. Z każdej odsłoniętej części ciała leciutko płynęła krew. Włosy były w całkowitym nieładzie, twarz już wcale nie przypominała jej twarzy. Czuła, że słabnie. Podpierała się rękami, żeby nie upaść. Nogi jej drżały, kolana uginały, głowa ważyła chyba z sześć ton. Potrzebowała pomocy, do ran mogło wdać się zakażenie. Wiedziała, że to była ostatnia próba. Jeżeli teraz pokaże, że jest słaba to będzie koniec. Pozbawią jej pomięci i wyrzucą. Jak nic nie wartą lalkę.
  Przypomniała jej się maleńka porcelanowa lalka, którą dostała od taty. Pamięta, jak się nią bawiła. I pamięta, jak ją wyrzucili, kiedy miała ledwie siedem lat. Wtedy ją zabrali. Nie wiedziała co się stało. Tylko tyle, że już nigdy nie zobaczy ojca, "Twój ojciec nie żyje. Teraz jesteś pod naszą opieką." To pierwsze co usłyszała, kiedy znalazła się na pokładzie olbrzymiego samolotu. Jeżeli można to było nazwać samolotem. Nikt jej niczego nie tłumaczył. Miała być twarda i nie okazywać uczuć. Miała ćwiczyć do bólu, aż nie padnie na matę. Miała być maszyną do zabijania.
 Teraz była ostatnia próba. A ona okazuje słabość. Ostatnimi resztkami sił wyprostowała się i zwróciła wyprutą z emocji twarz do postaci przed nią. 
 - Zdałaś - usłyszała tylko, po czym ktoś ją zabrał, poczuła ukłucie, a potem wielką senność.