czwartek, 21 maja 2015
Chapter 7
Sierra*
Chłopak nie wrócił zeszłej nocy.Pewnie znalazł sobie jakąś chętną panienkę.
Wystarczy spojrzeć na niego raz.Tatuaże, kolczyki, chamski ton...typowy badboy, który pożycza laski na jedną noc.Wyciągnęłam z torby zwykłe czarne leginsy, czarny podkoszulek w białe serduszka i bieliznę.Mam ochotę zwymiotować na samą myśl, że jej dotykał.Przez chwilę wahałam się czy skorzystać z łazienki.Jeżeli wróci? On jest nieobliczalny.Nacisnęłam klamkę i weszłam do łazienki.Była bardzo ładnie, ale prosto urządzona.Zrzuciłam ubrania na podłogę i wskoczyłam pod prysznic.To było świetne uczucie poczuć świeżość po tylu dniach.Gorąca woda spływała po mojej twarzy, ciele.Umyłam włosy męskim szamponem.Może nie zauważy, że dotykałam.Moje włosy będą pachnieć nim.Wzdrygnęłam się.Wyciągnęłam rękę po ręcznik.Macałam powietrze.Byłam pewna, że tam wisiał.
- Szukasz czegoś, słodziutka? - świat stanął w miejscu.Szeroko otworzyłam oczy i zacisnęłam zęby.Już pomnie, już po mnie... .Cienka zasłonka została lekko odchylona przez rękę chłopaka.Nie widziałam go, tylko jego dłoń z ręcznikiem.Zabrałam go szybko.Nie mam ochoty by oglądał mnie nagą.To pierwsza rzecz na liście ''Nie chcę mieć nic do czynienia z tym chamem''.Owinęłam materiał wokół ciała.Był okropnie krótki! Ledwie dosięgał do moich ud. - Teraz wyłaź. - rozkazał.
- W-wyjdź z łazienki. - nakazałam cicho.Zachichotał kpiąco.
- Jestem u siebie. - syknął. - Więc...
- Nie masz prawa mnie tak traktować. - mówię.
- Ha! Gdybym miał ochotę przeleciałbym cię pod prysznicem szybciej niż myślisz. - jak on tak może?! Takie świństwa prosto w moją twarz. - Wyłaź, inaczej ja tam wchodzę...bez ubrań. - zamrugałam kilka razy powiekami.Odsłoniłam gwałtownie zasłonę.Byłam wkurzona.Nienawidzę kiedy ktoś ma nade mną kontrolę.Dlatego też wyprowadziłam się od rodziców.Zacisnęłam dłoń na ręczniku by przypadkiem się nie osunął.Kędzierzawy widząc moje pół nagie ciało uniósł brew i oblizał usta, przygryzając przy tym kolczyk w wardze.Przewróciłam oczami.Jak można tak zniszczyć swoje ciało?!
- Wyjdź, chcę się przebrać. - oparł się o ścianę.
- Chętnie popatrzę. - od kiedy to on taki towarzyski? Wskazałam na drzwi co zignorował.
Czułam jak moje serce wali, a krew gotuje się.Spojrzałam błagalnym wzrokiem.
- Te oczka nic tu nie pomogą mała... - był inny niż wcześniej.Wtedy prawie wyrwał mi włosy i nadał od szmat i tak dalej... Zbladłam gdy zaczął ściągać swój biały shirt, a potem czarne rurki.Wytrzeszczyłam oczy widząc jego idealnie zbudowane ciało.Podwinęłam palce u nóg i przełknęłam ślinę.Podniosłam swoje ubrania i chciałam go wyminąć wychodząc z łazienki.Zatrzymał mnie szarpiąc za moje ramię.Zmierzył mnie gniewnym spojrzeniem.
- Zostajesz. - warknął.Co? na jaką cholerę? - Ubieraj się. - rozkazał spokojniej.Zacisnęłam palce na ręczniku aż do czerwoności.Przymrużyłam powieki rozzłoszczona.
- Nie. - niech nie myśli, że może bawić się mą jak zabawką.Widząc jego wkurzony wyraz twarzy postanowiłam trochę przymknąć moje usta.Po chwili dodałam tylko: Nie gdy ty patrzysz.
Moje policzki przybrały purpurowy kolor.Dziwiłam się, że jeszcze nie rozbeczałam się.No w końcu stoją prawie naga przed obcym chłopakiem, który patrzy na mnie jakby chciał mnie wykorzystać! Taka sytuacja spotyka mnie pierwszy i ostatni raz w życiu! Chłopak zmniejszył między nami odległość co od razu poczułam.Moje ciało drgnęło.
- Przecież jesteś taka piękna, prawda? - pytał z wyczuwalnym sarkazmem. - Pewnie zaliczasz się do tych zadufanych w sobie panienek, czyż nie Panno Idealna? - mówił.Nie rozumiałam.Dlaczego mnie za taką uważał?
- Nie znasz mnie... - wyszeptałam ze spuszczoną głową ukrywając zaszklone oczy.
- Wystarczy na ciebie spojrzeć słoneczko...Bogata, wredna suka wywodząca się z idealnej rodzinki. - Wredna, idealna rodzinka?! Wymierzyłam mu policzek nie martwiąc się o konsekwencje.Dupek.Oceniał mnie ze względu na hajs rodziców!
- Odwal się! Nie znasz mnie, więc nie gadaj o mnie takich bzdur! - krzyczałam, a potok łez lał się po policzkach. - Nie dość, że rodzice niszczyli moje życie to jeszcze ty! Frajer, który pieprzy laski na prawo i lewo, a potem je bije! Nie masz serca...jesteś potworem - mówiłam oschle, a on lekko masował swój zaczerwieniony policzek.Jego szczęka zacisnęła się po czym przeniósł swój wzrok na mnie.Cała odwaga poszła w las.Zabije mnie.Chwilę staliśmy w ciszy.Były to tortury.
Wyszedł z łazienki trzaskając drzwiami.Poczułam się jakbym go uraziła?
Harry*
Nie wierzę, że jeszcze wytrzymuję z tą wywłoką.Ona jest taka irytująca! Sprzeciwia mi się, a nikt nie ma prawa tego robić.Włożyłem dres i rzuciłem się na łóżko.Oparłem głowę o zagłówek i włączyłem telefon.Napisałem krótkiego sms'a do Sarah.Jak dobrze, że nie ma kwatery na tym samym piętrze.Zabiłaby mnie, lub co gorsza rzuciła gdyby zobaczyła tą niedorajdę w moim pokoju.
Jak Carlin śmiała podnieść na mnie głos? Jak śmiała mi się sprzeciwić?! Nie ukarałem jej tylko dlatego, że Liam kazał mi jej nie dotykać.Śmiałem się mu w twarz, ale zagroził doniesieniem na mnie.W końcu...popełniłem przestępstwo, a powinienem je zwalczać.Kieruje mną zemsta i nie myślę od pewnego czasu o niczym innym.
Moja dziewczyna nie odpisywała.Czekałem, pisałem i znów czekałem.
Drzwi łazienki zaskrzypiały, a ja posłałem tam jedno spojrzenie.Dziewczyna przez chwilę nie wiedziała co ma robić.Stała i gapiła się w okno.Dziwna.
Wlepiłem swój wzrok w ekran telefonu.Dostałem kilka wiadomości od Liama typu:
Nic jej nie zrób.Pamiętaj to kobieta, szanuj ją. i jeszcze jedna Jeżeli jej coś zrobisz to uduszę Cię gołymi rękami Styles.
Zarechotałem.Milutki Peyan chyba się zakochał w naszym małym ptaszku.Kątem oka spojrzałem w stronę niewydymionej cnotki.Jest ładna, ale jest idiotką.
Po kilku minutach poczułem niepokój.
- Będziesz tak stać i gapić się czy pójdziesz spać, do cholery? - syknąłem.Serio, ta laska powinna przejść jakieś egzorcyzmy.
Sierra*
Ocierałam swoje łokcie, a to co wybełkotał chłopak wpadło jednym uchem, a drugim wypadło.Nie chcę spać z nim w jednym pokoju.On jest taki...inny, obcy.Te kolczyki, tatuaże i jego zielone oczy, które potrafią być agresywne i piękne jednocześnie.Nigdy nie widziałam jeszcze takiej mieszanki.
Podoba mi się.
- Mam wysłać specjalne zaproszenie?! - duża dłoń chłopaka znalazła się przed moją twarzą.
Jego wyraz twarzy nie był pogodny, ale zły też nie.
- Em...nie.
Usiadłam w swoim kącie, który służył mi za ''miejsce do spania''.Wolałabym spać na starym, brudnym materacu niż marznąć na podłodze.
Ida*
Tetris wszystko mi wytłumaczyła. W ostatnim momencie okazało się, że idzie ze mną Mick. Spoko. Zwykły napad na muzeum. Niby mamy ukraść jakiś diament. Akcja jak z filmu. Do środka weszliśmy tradycyjnie szybem wentylacyjnym, ominęliśmy strażnika, śpiącego na służbie, weszliśmy do małego pokoju, gdzie był przekazywany obraz z kamer i wyłączyliśmy zasilanie. I oto byliśmy. Mick rozsypał nieznany mi proszek i ujawniły się czerwone czujniki laserowe (musiały działać na dodatkowym generatorze), strzegące skarbu. Prześlizgnęłam się bez trudu pomiędzy nimi i przyrządem, który większość nazwałaby "cyrklem" wycięłam okrągły otwór. Wyciągnęłam ostrożnie diament i obejrzałam go dokładnie. Mick machał rękami i szeptał energicznie, bym się pośpieszyła, ale zbyłam go. Uwielbiam dreszczyk emocji. Pogładziłam kryształ i przymierzyłam go najpierw do palca, potem jako naszyjnik. Wzruszyłam sama do siebie ramionami, schowałam diament do kieszeni do tego przeznaczonej i wróciłam do Micka ta samą drogą.
- Chyba cię zabiję. - warknął. - Prawie zszedłem na zawał.
- Aha. - uśmiechnęłam się krzywo, a on pokręcił głową.
- Wynosimy się stąd?
- Czekałam, aż zapytasz. - asekurowaliśmy się nawzajem, zachowując jeszcze większą ostrożność, niż wcześniej.
Nagle chłopak zatrzymał się.
- Fuck. - zajrzałam mu przez ramię.
- Co?
- Strażnika gdzieś wcięło. - zdrętwiałam. Rozejrzałam się, próbując ustalić, gdzie facet poszedł.
- Pewnie jest w kiblu. - szepnęłam mu do ucha. Pokiwał głową i ruszył dalej. Wzrokiem szukałam najmniejszego ruchu, ale nic się nie wydarzyło. Dotarliśmy do naszej kraty wentylacyjnej. Weszłam pierwsza, za mną Mick, który zamknął otwór. Byliśmy w połowie drogi, kiedy usłyszeliśmy ogłuszający ryk alarmu, który wszczął strażnik.
- Rusz się. - Mick popchnął mnie, opierając rękę na moim tyłku.
- Ej, ogierze. Łapy przy sobie. - przyśpieszyłam. Wydostaliśmy się z szybu i wyskoczyliśmy na dach. Spuściliśmy się wzdłuż ściany na linach.
- Teraz jeszcze tylko zwiać. - mruknął Mick. Dopadł jakiegoś samochodu, chwilę poszperał przy zamku i po chwili siedzieliśmy w środku. Schylił się pod kierownicę, zrobił to, co ja sama robiłam wiele razy, wmawiając sobie, że to nic takiego. Odjechaliśmy normalną prędkością. Wyciągnęłam z kieszeni diament i znów zajęłam się oglądaniem go.
- Jak myślisz, ile jest wart? - zagadnęłam. Spojrzał na mnie kontem oka.
- Chyba więcej niż ty. - wzruszył ramionami. - Lepiej go schowaj, nie chcemy, żeby ktoś...
Z piskiem opon stanął przed trzema wozami policyjnymi, stojącymi w poprzek drogi.
- Co stajesz, kretynie?! Jedź! - wydarłam się, rzuciłam diament pod nogi, przechyliłam się i szarpnęłam kierownicą. Obróciliśmy się o 180 stopni, zanim którykolwiek z policjantów zdążył cokolwiek powiedzieć.
Mick docisnął gaz i teraz uciekaliśmy przed trzema wozami. Przejął ode mnie kierownicę, a ja zajęłam się szukaniem diamentu.
- Musi gdzieś tu być! Rzuciłam go na podłogę! - denerwowałam się, odsuwając fotel.
- Kiedy jesteś zdenerwowana mówisz więcej niż normalnie. - zauważył chłopak
*Ida
Usłyszeliśmy strzały. Kilka kul odbiło się od karoserii i myślałam, że dostanę zawału.
- Jedź szybciej! - wydarłam się, uderzając jednocześnie głową w fotel. Diamentu nigdzie nie było.
Straszliwy huk i przednia szyba rozleciała się na kawałki, wielkości ziarenek ryżu. Kilka kolejnych strzałów przeleciało gdzieś obok. Mick gwałtownie skręcił, docisnął pedał gazu i wjechał w wąskie uliczki. Minęliśmy jeszcze kilka zakrętów i rozpędem wjechał w czyiś garaż, masakrując całe wnętrze. Wybuchły poduszki powietrzne i przez chwilę starałam się sobie przypomnieć, gdzie jestem.
- Wynosimy się. - rzucił i wyskoczył z auta. Z trudem przecisnęłam się pomiędzy drzwiami, a ścianą. Rzuciliśmy się do ucieczki. Gdzieś z tyłu słyszeliśmy syreny policyjne.
Znaleźliśmy się na przedmieściach, małe budynki, wąskie ulice, bezdomni, te sprawy. Biegliśmy bez przerwy przez pół godziny, słyszałam, jak Mick dyszy obok mnie. Odwróciłam się do niego i nieco zwolniłam.
- W porządku, stary? - kiwnął tylko głową.
Byliśmy już poza miastem, mimo dużej odległości wciąż było słychać syreny. Zauważyłam przed nami rzadki lasek. Po kilku minutach już tam byliśmy. Las gęstniał z minuty na minutę. Padliśmy oboje na kolana przy wysokim dębie. Nie wiem, czemu zwróciłam uwagę na gatunek drzewa. Mick położył się na plecach, a ja oparłam czoło o korę.
- Masz go? - zapytał, a mnie przeszedł dreszcz.
- Ja... chyba nie. Nie wiem. - zaczęłam przeszukiwać dokładnie wszystkie kieszenie. Patrzył na mnie ponuro. Ręce mi się trzęsły. Kieszeń na diament była pusta, wszystkie inne też. Spojrzałam na niego ze złością.
- To TWOJA wina! - Krzyknęłam - Gdyby nie ty, wszystko byłoby łatwiejsze! Już dawno bym się stąd wyniosła! Ale nie! Szanowny pan MICK postanowił sobie, że się do mnie zbliży! Widzisz, co z tego wyszło!
Usiadłam na wilgotnym mchu, klapnął tuż obok mnie. Chwilę mnie obserwował, ale unikałam jego wzroku.
- Stąd? Czyli skąd? - Zapytał wreszcie. Wzruszyłam ramionami.
- Nie chcę o tym rozmawiać. - Wybrnęłam, odwracając głowę. Złapał moją rękę, a mnie przeszedł dreszcz. Jeszcze nikt NIGDY nie dotykał w ten sposób mojej dłoni. Spojrzałam w dół, a potem na niego.
- Mam ten diament. Nie złość się, okay?
- Okay. - patrzył mi w oczy. Napięcie rosło irytująco. Powietrze było jakby po burzy, ptaki nagle umilkły, miasto zamarło, cisza była tak cicha, że aż bolało. Słyszałam nierówne bicia naszych zmęczonych serc. Nasze twarze się zbliżały do siebie, a oddech zwalniał. Dotknął moich ust. Nigdy bym nie pomyślała, że ktoś pochodzący z Gangu Scorpiona może być tak delikatny. Jego usta były miękkie i ciepłe. Zamknęłam oczy i choć na chwilę pozwoliłam sobie poczuć się młodo i swobodnie. Uniosłam niepewnie dłoń i dotknęłam jego policzka. Było ciepłe, jak jego usta. Zagłębił pocałunek i wreszcie zrozumiałam, czym jarają się wszystkie nastolatki. Pierwszy pocałunek, na pierwszej głupiej misji, która uciekła gdzieś w tył głowy. Odsunęłam się na kilka centymetrów, by nabrać oddechu. Oparł czoło o moje i patrzył mi w oczy. Zamrugałam kilka razy.
- Czyli tak smakuje pocałunek kryminalisty. - szepnęłam. Uśmiechnął się lekko. Dopiero teraz zwróciłam uwagę na jego piękne oczy. Nigdy wcześniej mnie to nie interesowało. Byłam maszyną do zabijania. Po to się urodziłam, do tego zostałam stworzona. Jestem im potrzebna - mruknął głos w mojej głowie. Przymknęłam oczy. Nie mogę go zranić, nawet jeśli nigdy wcześniej nie przejmowałam się uczuciami innych, teraz po prostu nie mogę tego zrobić. Nie chcę. Jak to się nazywa? Zauroczenie? Jestem nim zauroczona? Tylko zauroczona. Po prostu mi się podoba. Koniec tematu. Odsunęłam się niepewnie i zapatrzyłam w przestrzeń pomiędzy drzewami.
- Chyba powinniśmy wracać.
Koniec rozdziału:)) komentujcie, podzielcie się opiniami :D ~ Hermi
PS. Zapraszamy na naszego innego bloga, jeżeli jeszcze nie widzieliście!! http://allyouneedsislove3.blogspot.com/
wtorek, 14 kwietnia 2015
Chapter 6
*Ida
Nareszcie zaczyna się coś dziać. Czuję nieokreślony ból w żołądku. Stresuję się i jednocześnie cieszę. Wyjdę wreszcie z tej dziury. Dali mi jakieś wyposażenie. Siedzę właśnie w stołówce z Blondi, jej chłopakiem i Mickiem. Blondi rozprawia głośno o mojej misji, niby przez przypadek tak, że słyszą ją wszyscy. Rzadko się odzywam, natomiast reszta mówi cały czas. Nagle w stołówce ucichło. Instynktownie uniosłam głowę i spojrzałam w stronę drzwi. Tetris kierowała się w naszą stronę dostojnym krokiem. Wyprostowałam się automatycznie i śledziłam ją wzrokiem. Usiadła na przeciwko mnie, a Mick lekko się odsunął od niej.
- Bądź gotowa za godzinę, w tym miejscu. - oznajmiła. Spojrzała krytycznie na moją tackę z fast foodem. Skrzywiła się. - Szef przygotował na ciebie szczegółowy plan, który mam ci przekazać. - wyciągnęła z małej kieszeni kartkę papieru i podała mi ją. Była cała zapisana, a pod spodem nieczytelny podpis czarnym atramentem. Prześledziłam wzrokiem całość.
- Okay. - Tetris chwilę obserwowała mnie, po czym wstała i wyszła, nie zaszczycając nikogo spojrzeniem. Włożyłam kartkę do kieszeni i pożegnałam się ze znajomymi, po czym udałam się do swojej kwatery. Włączyłam komórkę i zadzwoniłam do McMurfy'ego. Zamknęłam się w łazience i po cichu przeczytałam mu całą treść. Wytłumaczył mi, żebym zrobiła co trzeba, chodzi o to, żeby zdobyć ich zaufanie.
- Pamiętaj, trzeba ich zabić w zarodku. Musisz robić to, co ci każą, nie stawiaj na swoim, nie próbuj być bohaterska, po prostu działaj. Tetris ma ci zaufać. Cały gang ma ci zaufać. Szef ma ci zaufać. - Przełknęłam ślinę.
- Dobrze.
Sierra*
Nie mogłam uwierzyć w tą całą sytuację.Co ten dupek sobie wyobraża? Chodziłam w kółko po pokoju od jakiś dwóch godzin.Nie czułam zmęczenia, ale strach.Moja szczęka drżała jak i całe chłodne ciało.Co chwilę podchodziłam do okna nie wiedząc nawet po co.Starałam się ogarnąć wszystkie myśli.Przełożyłam długie włosy przez ramię i włożyłam trochę do ust.Gryzłam je ze zdenerwowania.Normalny człowiek postanowił by na ucieczkę, ale ja nie jestem normalna! Boję się wszystkiego i wszystkich.Samobójstwo! To by był dobry pomysł, ale na to też jestem zbyt tchórzliwa.Podeszłam do drzwi.Pociągnęłam za klamkę.Nic.Zamknął mnie! Co on sobie wyobraża! Kopnęłam nogą w szafę i pożałowałam tego.Bolało jak cholera.Ściągnęłam skarpetkę i wymasowałam palce.
- Idiotka. - Bąknęłam ze łzą w oku, która powoli spłynęła po policzku.Usiadłam pod ścianą i schowałam głowę.To jest szaleństwo.
Spokój panujący w pomieszczeniu i moje zmęczenie pozwoliły mi na uśnięcie.Chciałabym by był to tylko zły sen.Zamknęłam oczy.
***
- Wstawaj. - Przewróciłam głowę w drugą stronę ignorując rozkaz mamy. - Mówię coś. - Spokojnie sobie leżałam czekając aż opuści mój pokój.Zamiast dźwięku zamykanych drzwi usłyszałam przekleństwa.Otworzyłam szeroko oczy.
- Mamo! - Prawie krzyknęłam podnosząc głowę w górę.Koleś nie wyglądał jak moja mama.Wstałam oddalając się.To był ten potwór.
- Jak widzisz nie jestem jednym z twoich starych. - Powiedział ochrypłym głosem szatyn.Widząc jego twarz nie potrafiłam wypowiedzieć ani jednego słowa.Jakby mi język urwało.Spędziłam z tym chłopakiem zaledwie kilkanaście minut, a wiedziałam że jest zły.Jest piekłem.Szybko znalazł się obok mnie.Złapał za moje włosy i przyłożył głowę do ściany.
- Słuchaj uważnie ślicznotko. - Syknął. - Masz tu siedzieć cały czas, nie próbuj uciekać, mów do mnie, a nie kiwaj głową...i najważniejsze... - Zrobił pauzę. - Rób wszystko co ci rozkażę. - Powiedział wolno. - Zrozumiałaś?! - Jego ton był przepełniony jadem.Pieprzony samolub.Skinęłam lekko głową czego pożałowałam.Dostałam po twarzy.Nie bolało mocno, ale sam fakt że mnie uderzył bolał.Jak może tak traktować kobiety? - Co mówiłem o używaniu słów? - Zapytał poważny.
- P-przepraszam. - Cichutko pisnęłam. - Zrozumiałam. - Dodałam, a strach nie odchodził ode mnie na krok.Jego wzrok wypalał we mnie dziurę.Czułam jak gorąco rozchodzi się po moim ciele.Podszedł do drzwi, zabrał jakąś granatową torbę i rzucił w moją stronę.Patrzyłam na rzecz by uniknąć jego wzroku.
- Tu masz większość swoich ubrań. - Skąd on je kuźwa wziął? Grzebał w mojej szafie? Był w moim mieszkaniu?! Otworzyłam zszokowana usta, ale nie powiedziałam ani słowa.Strach blokował moją krtań. - Nawet nie podziękujesz... - Odwrócił się i otworzył lekko drzwi.Nie był już mocno wkurzony, ale spojrzał na mnie jak na jakiegoś wyrzutka, kogoś gorszego.- Szmata. - Mruknął, ale i tak usłyszałam.Zabolało.
Harry*
Nie mogłem uwierzyć, że ta laska może być tak bardzo irytująca.Nic nie warta wywłoka siedziała w moim pokoju i modliła się o zbawienie.Bawił mnie jej strach.Poszedłem do kuchni, którą dzieliłem z resztą przyjaciół.Zrobiłem jajecznicę i herbatę.Postawiłem je na tacce i zaniosłem do pokoju. Sierrotka nawet nie ruszyła z miejsca.Stała i patrzyła przed siebie.Nawet nie raczyła na mnie spojrzeć.Postawiłem żarcie na komodzie.
- Zjedz. - Rozkazałem.
- Nie jestem głodna. - Odpowiedziała obojętnie.Przewróciłem oczami.
- Zjesz albo nie dostaniesz jedzenia przez tydzień. - Zagroziłem surowo.Brunetka dalej tkwiła w tym samym miejscu bez słowa.Co z nią jest nie tak? Bo coś na pewno.Wzruszyłem ramionami i wyszedłem z pokoju trzaskając drzwiami.Jakoś w ogóle mi jej nie szkoda.Nie obchodzi mnie to co czuje, co myśli.
***
Dostałem wezwanie od szefa.Ciekawe co on znowu chce? Zrób to, zbadaj tamto, jedź tam.Czasem żałuję, że należę do tej organizacji.Pomiatają nami by ktoś inny miał bezpieczną dupę.
Tylko gdyby nie SSO to nie poznałbym Sarah i dobrych przyjaciół.Niektórzy są czasem wkurzający, ale nie są sztuczni.To się liczy.Bez pukania wszedłem do biura McMurf'iego.
- Jestem. - Oznajmiłem podchodząc do mężczyzny.Kiwnął dłonią bym usiadł.
- Harry mamy kolejny problem. - Nowość? Żadna.Na szczęście my potrafimy radzić sobie z problemami.Odwrócił w moją stronę monitor komputera.Zobaczyłem tam zdjęcie faceta około trzydziestki.
- Samuel Lawrence? - Przeczytałem pod fotografią. - Czy to nie ten z mafii, co handluje narkotykami? - McMufry potwierdził. - Co z nim?
- Koleś będzie w ten piątek na bankiecie Madam Schrödinger.Kobieta znana ze świata mody, cholernie bogata, samotna. - Wytłumaczył.Pewnie jakaś stara skoro samotna.Zawsze może przytulić się do szczeniaczka. - Myślę, że Lawrence chce się podszywać pod kogoś zaproszonego, a potem... - Zamilkł na chwilę. - A potem załatwić Schrödinger i zgarnąć wszystko z sejfu. - Dokończył.
- I?...
- Ty i reszta waszej ekipy zrobicie z tym porządek. - Westchnąłem.Jak zawsze zgodziłem się bo nie mam innego wyboru.Czyli musimy się trochę przygotować.Opuściłem biuro szefa i skierowałem się do kwatery Louisa.O tej godzinie raczej będzie u siebie.Sprawy papierkowe to jego ''hobby''.
- Siema. - Otworzyłem drzwi i usiadłem na kanapie pod oknem.Chłopak rzucił mi zwykłe ''cześć'', spojrzał przelotnie i wrócił do pisania. - Mamy nową misję. - Poinformowałem od razu.Szatyn skinął głową i schował teczkę z papierami do szafki zamykanej na klucz.
- Co tym razem? - Zapytał wstając z fotela. - Napad, handel, zabójstwo?
- Em... planowany napad, planowane zabójstwo i planowana kolejna nasza wygrana. - Wytłumaczyłem.
- Zbierz chłopaków, spotkamy się u ciebie za 15 minut...
- Nie możemy u mnie. - Zareagowałem szybko.Spojrzał pytająco. - Nie pytaj. - Uniósł brwi. - Po prostu nie pytaj. - uniosłem ton.
- Okey... - Spojrzał na mnie z ukosa jakbym coś kombinował.Co jest prawdą.Oj nie mogę sobie wyobrazić jaka to by była przyjemność wykorzystać tą dziewczynę w oczywistych planach.Boże, ale to by było podniecające! Spoliczkowałem się w głowie. - To spotkajmy się u Zayna. - Burknął spoglądając ciągle na ekran telefonu.
*Louis
Nie mamy żadnego kontaktu z Idą. McMurfy wspomniał, że ma jakąś misję, ale nic więcej nie powiedział, nie pozwolił nam z nią rozmawiać. To boli, nawet jeśli nie jest dla mnie tak bardzo ważna, to nie jest przyjemne. Przyjaźni się z Liamem. Liam jest w porządku. Zresztą wszyscy zaczynaliśmy mniej więcej razem, więc tworzymy coś jakby paczkę. Wprawdzie Harry stwarza ciągle problemy i wydaje mi się czasem, że bardziej nadawałby się do tego całego Gangu i kradzieży, niż do naszej organizacji. Kiedy byłem w pokoju zadzwonił mój telefon. Nieznany numer, ale odebrałem.
- Słucham.
- Hej, Lou? To ty? Z tej strony Ida. - odetchnąłem z ulgą, ale tylko na chwilę.
- Ida? Skąd masz mój numer? - dostała nowy telefon, na którym miała numer tylko od McMurfy'ego i Liama.
- Jakoś tak zapamiętałam. - mruknęła. Niemal usłyszałem, jak wzrusza ramionami. Często to robi.
- Okay. Nie wnikam. Czemu dzwonisz?
- Nie wiem sama. Chyba chciałam usłyszeć głos jakiegoś normalnego człowieka.
- To my jesteśmy normalni? - zdziwiłem się nieco. Gdyby to nie była Ida pewnie by się zaśmiała, ale to była Ida, więc jedyne co mogła zrobić to pewnie się uśmiechnęła jednym kącikiem ust. Ida już taka jest. Wydaje jej się, że po to istnieje. Żeby robić, to co jej każą, żeby zabijać, żeby ratować ludzi, żeby zrobić coś dla ludzkości, żaby umrzeć dla sprawy, bez żadnych zysków.
- Louis? Słuchasz mnie?
- Em.. co?
- Pytałam, jak się masz.
- Naprawdę cię to interesuje? - zdziwiłem się.
- No... interesuje. Serio.
- Okay.. u mnie w porządku. Trochę się nudzę bez ciebie. - to nie była prawda. Z Idą nie było ciekawiej, nigdy nie żartowała, często używała sarkazmu i czasem nie potrafiłem rozróżnić kiedy mówi poważnie, a kiedy ironicznie. Po prostu czułem nieokreśloną pustkę. Wolałbym żeby była, niż żeby jej nie było.
- Hm.. okay. Powiedzmy że ci wierzę.
- To miłe. A jak się tam czujesz? Nie bijesz słabszych?
- Słabszych nie. Ale silniejszych. - pochwaliła się. Parsknąłem cicho.
- Oczywiście. Ida wspaniała, wybawicielka ludzkości powala na ziemię wielkiego złego mocarza wszechświata.
- Bardzo śmieszne. - wyczułem znów ten uśmieszek, mimo udawanej powagi.
- Ja wiem. Chyba będę musiał kończyć. - westchnąłem, kiedy do mojego pokoju wpadł Zayn. - Zadzwonię do ciebie o 18.
Nie odpowiedziała. Spojrzałem na Zayna pytająco.
- O co chodzi, stary?
- Chyba mam problem. - mruknął i usiadł na łóżku.
- Módl się, żeby to było coś ważnego. Przerwałeś mi rozmowę. - spojrzałem na telefon i zapisałem numer Idy.
- Dziewczyna? - zagadnął mulat. Zastanowiłem się na chwilę.
- Można to tak nazwać. W każdym razie nie moja.
- A czyja?
- Niczyja. - wzruszyłem ramionami.
- Czyli twoja. - podsumował Malik. Wzruszyłem ramionami.
- Jaki problem?
- Poważny.
- Nie owijaj w bawełnę. - warknąłem. - Po prostu powiedz o co chodzi.
Westchnął. Spojrzał na swoje dłonie, potem na mnie, znów na swoje dłonie i na mnie. Już wiem, o co chodzi.
- Pieniądze. - powiedzieliśmy w tym samym momencie. Przewróciłem oczami. Zayn cały czas pakuje się w jakieś kłopoty.
- Stary ogarnij dupę. Ile potrzebujesz? - Zayn odetchnął z ulgą.
- Niewiele... naprawdę. Oddam ci. - Uniosłem jedną brew. - Oddam serio.
- Dobra. Daj spokój. Ile?
- Dziesięć. - mruknął. Otworzyłem szerzej oczy.
- Dziesięć tysięcy?! - złapałem się za głowę. - Stary na łeb ci padło?
- Nie.. no serio ci oddam.
Pokręciłem głową. Miałem sporo pieniędzy. Jak każdy, miałem sejf w pokoju. Otworzyłem go i wyjąłem dwa tysiące. Z ciężkim sercem podałem je Zaynowi. Wziął niepewnie.
- Dwa..?
- Dwa. - uciąłem i pokazałem mu palcem drzwi. - Lubię cię stary, ale bez przesady. Nie pokazuj mi się na oczy, chyba że z pieniądzmi.
Zayn pokiwał głową. Wymruczał jakieś "dziękuję" i wyszedł. Westchnąłem i opadłem na łóżko.
Sierra*
Zostałam sama w pokoju.Na zewnątrz robiło się coraz ciemniej, a pomieszczenie ochłodziło się.Ocierałam swoje nagie ramiona by choć trochę się rozgrzać.Siedziałam w kącie, przytulona do ściany i marzyłam o śmierci.Nie chciałam być w tym piekle razem z tym demonem.Jedyne o czym wtedy mogłam myśleć była śmierć.Skąd mogę wiedzieć co on chce mi zrobić? Nie wygląda na grzecznego chłopaka, który chce bym była jego księżniczką.Chyba raczej szmatą, którą ma ochotę poniewierać.Moje oczy kleiły się, ale nie chciałam zasypiać.Jeżeli on tu przyjdzie? I znowu zacznie krzyczeć? Znowu zrobię coś źle, a on mnie uderzy.Nie mogę krzyczeć, nie mogę płakać, nie mogę błagać o coś, nie mogę zrobić cholera nic! jestem bezradna i skazana na jego tortury.Podniosłam głowę słysząc czyjeś kroki.Tylko nie on.Do moich uszu dobiegły męskie głosy.
- Niall brachu pomóż mi...ostatni raz. - Czyli jest tu ich więcej? Zadrżałam z niepokoju.
- Zayn...ostatni i ani razu więcej! - Powiedział głos drugiego chłopaka.Rozmowa ucichła.Pewnie już odeszli.Gdzie ja jestem? Zapewne jakaś siedziba czy coś jakiegoś gangu.Spojrzałam na komodę.Jedzenie tak bardzo mnie kusiło.Oznaki tego wydawał mój brzuch.Mimo tego byłam silna.Nie zjem stąd nic.Nie ruszę tego nawet palcem.Oparłam głowę o zgięte kolana i chrząknęłam.Otarłam mokre policzki.''I tak nikt mi nie pomoże.''Po co się wyprowadzałaś! Krzyczał rozum.Kretynka, idiotka, palant...dorosłą zachciało mi się być.
Rozprostowałam kończyny.Tykający zegar wiszący na ścianie wskazywał 8.20.Na zewnątrz panował półmrok, a pokój przybierał szare kolory.Miałam wielką ochotę by się odświeżyć, ale nie wiem co mógłby mi zrobić ten niezrównoważony człowiek.
No i jest kolejny rozdział. Krótki bo krótki następny będzie dłuższy, bo ciekawszy ^^ komentujcie, polecajcie znajomym ;) ~ Hermi
niedziela, 29 marca 2015
Chapter 5
*Ida
Dziewczyna nieźle mnie poturbowała, była niemal nietknięta, a ja nie popisałam się niczym specjalnym. Prychnęłam ze złością, gdy po raz kolejny wylądowałam wśród ciężkich hantli. Z wargi ciekła mi strużka krwi, czułam rozdarcie na policzku i mnóstwo sińców na ciele.
- Może już wystarczy? - zasugerował ktoś z tłumu. Dziewczyna spojrzała na niego z furią.
- Vicky Bloom. Znam ją. Pamiętam. Obiła mi kiedyś samochód.Czas za to zapłacić, dziwko. - skierowała się do mnie. Nie pamiętam, żebym kiedyś obiła jej auto, ale możliwe, że gdzieś na świecie żyje jakaś dziewczyna podobna do mnie. Wstałam. Bolało mnie absolutnie wszystko. Natarła na mnie. W ostatnim momencie odsunęłam się, a ona wpadła w stos ciężarów. Wkurzyła się. To była moja jedyna przewaga. Ona była rozdrażniona i nie mogła się skupić.
- Może i jesteś silna, ale brak ci koordynacji ruchów. - pouczyłam, gdy znów chybiła. Coraz więcej gapiów się schodziło. Dziewczyna warknęła coś niezrozumiałego i rzuciła się na mnie. Złapała mnie w pasie rzuciła na podłogę. Przygniotła mnie kolanem i okładała pięściami. Starałam się przypomnieć, czego uczył mnie nauczyciel wschodnich sztuk walki. Uwielbiałam te zajęcia, uczęszczałam na nie od 4 roku życia, kiedy jeszcze rodzice żyli. Uspokoiłam ciało u umysł, po czym złapałam jej pięść w locie i wykręciłam rękę tak, że musiała się zgiąć, wywinęłam się sprawnie, po czym naparłam całym ciałem i obróciłam się tak, że teraz to ja przygniatałam ją do ziemi.
- I co teraz powiesz, pieprzona kupo mięśni? - uśmiechnęłam się do niej. Wstałam, otrzepałam tyłek z niewidocznego kurzu i podałam jej rękę by mogła wstać. Złapała mnie za nią i z całej siły pociągnęła, jednocześnie próbując zgnieść mi wszystkie kości w dłoni. Lekko poddałam się jej sile, przeskoczyłam nad nią i wylądowałam na ugiętych nogach, przeskakując nad nią i wykrzywiając jej rękę. Ryknęła z bólu i puściła mnie. Wstałam, ale już nie pomagałam jej wstać.
- Musisz się jeszcze dużo nauczyć. -powiedziałam, starając się przywołać miły uśmiech. Odwróciłam się w stronę ludzi. - Cześć. Jestem Vicky Bloom. - po czym odeszłam do szatni, by zmyć z siebie krew i pot.
Harry*
Zapukałem do drzwi Sary.Po tym jak usłyszałem ciche proszę, wszedłem.Leżała na łóżku i cykała na telefonie.Usiadłem blisko niej.Brunetka schowała szybko telefon i włożyła do torebki.Przyłozyłem usta do jej ramienia i lekko muskałem jej skórę.
- Chcę cię zabrać na kolację dziś wieczorem. - oznajmiłem, a ona nic nie odpowiedziała.Nawet głupiego ''fajnie''.
- Musimy dzisiaj? - jęknęła tak jakbym to było coś okropnego.
- Chcę spędzać z tobą dużo czasu, to normalne. - wytłumaczyłem zdziwiony jej reakcją.
- No, tak. - mruknęła i położyła głowę na poduszce. - Ale dziś nie mogę. - dodała nie patrząc na mnie.Przewróciłem oczami i wkurzyłem się.Wstałem i wyszedłem trzaskając drzwiami.
Poszedłem stronę kwatery Liama.
- Dzisiaj nie bo mam okres, nie dziś bo jestem zmęczona, kiedy indziej, boli mnie głowa... - przedrzeźniałem Sarę.Ta kobieta mnie doprowadzi niedługo do szału.Jestem facetem, który potrzebuje trochę przyjemności, a ona mnie ciągle ignoruje i wymyśla cienkie wymówki.Od jakiegoś czasu stała się dziwna.Nie reaguje tak jak kiedyś na mój dotyk, a jej usta nie są już tak słodkie.Czy dziewczyny w tym wieku tak mają? Oby jej to przeszło.
Bez pukania wtargnąłem do kwatery przyjaciela.Siedział i jak zwykle z resztą robił coś przy komputerze.
- Stary...co ty tyle na tym ustrojstwie siedzisz...ostre pornole? - zapytałem z uśmieszkiem, a on pokazał bym się puknął w głowę.
- Szukam czegoś więcej na temat tej Sierry. - odparł i oparł się o duże o oparcie krzesła.
- I co? Znalazłeś coś? - chłopak złożył palce w piramidkę jak jakiś profesorek.
- Twoja ''ofiara'' - zaznaczył w cudzysłowie. - Przeprowadziła się do Altazara. - uniosłem brwi.Czyżby chciała mi uciec? Błagam, ten aniołek nie wie kim jestem.
- Ej, to ten sam penthouse gdzie mieszka Ida. - zauważyłem, a Liam skinął głową. - Za dziesięć minut bądź na dole w garażu.Wstał zdezorientowany jakby nie wiedział o co mi chodzi. - Zgodziłeś mi się pomóc, tak?
- No, ale już teraz chcesz to zrobić?
- Nie, za dwa lata. - przewróciłem oczami, a chłopak znowu usiadł. - Dziesięć minut. - wskazałem go palcem i opuściłem jego kwaterę.Omijając pokój mojej dziewczyny wróciłem do siebie.Pozbyłem się koszuli i spodni.Rzuciłem je do kosza na pranie.Sięgnąłem do szafy po biały T-Shirt, czarne rurki i białe conversy.Wyciągnąłem z szafki nocnej paczkę papierosów, włożyłem jednego do ust i zapaliłem zapalniczką.Zaciągnąłem się, zamknąłem oczy i powoli wypuściłem dym z płuc.To tak odpręża.Zabrałem swoją broń i schowałem ją do tylnej, głębokiej kieszeni.
Szedłem po schodach do mojego garażu.Robiło się coraz chłodniej, ale tak to bywa w podziemiach.
Stanąłem obok swojego Audi i oparłem się o maskę.Czekając na Payna bawiłem się dymem robiąc kółka i inne triki.
- Jestem. - przybiegł.Wsiedliśmy do samochodu.
Jechałem dosyć szybko.Obraz Londynu znikał sekundę po sekundzie.
- Powiedz jeszcze raz, proszę.Po co to robisz? - zapytał spokojnie patrząc za szybę.Zacisnąłem dłonie na kierownicy. - Ta dziewczyna niczym nie zawiniła. - bąknął.
- Ale jej ojciec tak. - syknąłem. - Ona jest z jego krwi...jest pewnie taka jak on. - powiedziałem i zamilknąłem.Chłopak też się już nie odzywał.
Zaparkowałem wóz między dwoma budynkami w ciemnym i pustym miejscu.Czekaliśmy aż dziewczyna wyjdzie z penthouse.Problem w tym, że nie wiemy kiedy wyjdzie albo czy w ogóle dziś wyjdzie.
***
Przez około dwie godziny siedzieliśmy w samochodzie czekając na cud.Liam wypatrywał dziewczynę, a ja wyobrażałem sobie jej reakcję gdy powiem że Thomas Carlin to złodziej i oszust.Wygarnę jak bardzo jej i Thomasa nienawidzę, powiem wszystko co mogłoby ją urazić.Ja cierpiałem gdy wszyscy wytykali mnie placami jako syna przestępcy.Niech teraz ona poczuje ten sam ból co ja.
- Harry. - drgnął mnie przyjaciel i wskazał palcem na jakąś osobę.To była ona.Taka sama jaka ja zapamiętałem.Na mojej twarzy ukazał się diabelski uśmiech.
Sierra*
Wyszłam z mieszkania do sklepu po wodę.Przebiegłam przez jezdnię i weszłam do sklepu.Kupiłam zwykłą, zimną wodę i opuściłam sklep.Od razu napiłam się.Byłam tak okropnie spragniona.Gorące lato daje swoje znaki.Wracałam ulicą gdy usłyszałam jakieś jęki.Spojrzałam do boku i podeszłam.Zauważyłam kogoś zwijającego się z bólu.Był to chłopak.Trzymał się za brzuch i stękał głośno.
- Przepraszam... - podeszłam bliżej. - Wszystko w porzą... - ktoś z tyłu złapał mnie za brzuch, a drugą zakrył moje usta.Upuściłam wodę.Zostałam ciągnięta w stronę sportowego auta.Robiłam wszystko co było możliwe by uwolnić się z mocnego uścisku.Nie potrafiłam nabrać powietrza samym nosem, a z oczu płynął potok łez.Zapierałam się nogami, ale to nic nie dawało.Bez problemu wpakowali mnie do samochodu i z psikiem odjechali.Chłopak, któremu chciałam pomóc zakleił moje usta i nadgarstki taśmą.Nie chciałam się poddawać.Położyłam się na plecy i mocno kopnęłam go w twarz.
- Kurwa... - jęknął głośno, a za raz na jego dłoniach pojawiła się czerwona ciesz.Nagle samochód gwałtownie się zatrzymał, a ja spadłam z siedzeń.Drzwi się otworzyły, a nade mną pojawił się chłopak w kręconych włosach.Poczułam jedynie ukłucie w ramieniu, a potem film się urwał.
***
Jesteś największą niezdarą świata.Zawsze będziesz piątym kołem u wozu, rozumiesz? Nie jesteś mi do niczego potrzebna! Co raz bardziej żałuję, że jestem twoją matką.Nienawidzę cię! Nie zasłużyłaś na to byś była kochana...nie zasłużyłaś na jakąkolwiek miłość!
- Jak możesz? Pytałam zapłakana, ale moja rodzicielka nic sobie z tego nie robiła.Była zadowolona z tego, że cierpię.
Gwałtownie otworzyłam oczy i podniosłam się.Otarłam spocone czoło i odetchnęłam z ulgą wiedząc, że to tylko zły sen.Jednak gdy zorientowałam się, że jestem w nieznanym mi miejscu, wszystko co się wczoraj stało wróciło.Serce zaczęło szybciej bić.Waliło tak mocno, że słyszałam je nawet we własnych myślach.Zrzuciłam kołdrę ze swoich nóg i podeszłam do dużego okna.Ujrzałam tylko wielki las i ogromną, przyozdabianą bramę.
- Gdzie ja jestem? - mruknęłam wystraszona i nabrałam jak najwięcej powietrza.
- Kim jesteś? - mój głos załamywał się.Chłopak wyszedł z cienia i ukazał się w całości.Był wysoki, dobrze zbudowany i okropnie przystojny.Jego ramiona przyozdabiało wiele tatuaży przez co wydawał się jeszcze groźniejszy.Na jego idealnej twarzy urósł cwaniacki uśmieszek.
Zmniejszył między nami odległość.Oddalałam się z każdym jego krokiem.Gdy poczułam, że moje dłonie dotykają zimnej ściany to serce podeszło mi do gardła.Mnie i chłopaka dzieliło kilka kroków.
- Jestem głównym bohaterem tego koszmaru. - powiedział niskim, ochrypłym głosem przez co kolana miękły.
Harry*
Widziałem jak jej ciało drży.Bała się mnie w każdy możliwy sposób, a mnie to bawiło.Jeszcze bardziej między nami zmniejszyłem odległość.Dotknąłem jej zimnego policzka.Poczułam zimny dreszcz.Patrzyła na mnie jakbym był jakimś seryjnym mordercą.Teraz jestem tylko porywaczem, a między tym jest różnica.
Skupiłem się na jej kasztanowych oczach, które były przepełnione strachem.
- Masz być grzeczna. - szepnąłem do jej włosów, które ładnie pachniały tak na marginesie. - Wrócę tu wieczorem. - dodałem i odszedłem do drzwi, ale w ostatniej sekundzie zatrzymałem się i spojrzałem na wystraszoną dziewicę.Skąd wiem, że jest dziewicą? Od wielu lat mam bliską styczność z kobietami i takie rzeczy się wie, ale mniejsza z tym.
- Nie próbuj uciekać. - wskazałem na nią palcem i mrugnąłem.Zamknąłem drzwi i wstukałem kod.Szeroko się wyszczerzyłem i zmierzyłem do szatni treningowej.
***
Ściągnąłem koszulkę, ubrałem czarny T-Shirt i dresy.Napiłem się wody i usiadłem na ławce.Obok mnie siedział Liam z plastrem na nosie.
- Stary, zgadnij co dziś chcę zrobić... - zaczął Zayn do Nialla.Byłem ciekawy co chce powiedzieć.W końcu nie wiadomo co Malik ma w tej głowie. - Luke Warrner dostanie dziś wpierdol za to, że ostatnimi czasy pyskował. - odparł zadowolony.
- Chcesz bić się z tym ulizanym elegancikiem? - zapytał zdziwiony Tomlinson i założył swój niebieski podkoszulek.Mulat tylko skinął głową i wziął łyka wody.
- Denerwuje mnie ta gadzina. - mruknął siadając.
- I ten jego włoski akcencik. - powiedział piskliwym głosem blondyn. - A tak z innej beczki to Liam... od kogo dostałeś w nos? - wymieniłem z przyjacielem spojrzenie.
- Dostał drzwiami. - wytłumaczyłem szybko. - Idziemy? - podszedłem do drzwi szatni pytając ich.
- Dajesz Malik! Wiem, że możesz więcej! - krzyczał trener, a ja podnosiłem dwudziesty raz sztangę.Pot lał się z mojego czoła, a mięśnie napinały.Przez cały czas myślałem o Miss Perfekcji, a mianowicie o naszej Sierrocie.Zapewne zalewa się łzami ze strachu i modli się o pomoc.Na samą myśl o tym, że cierpi robiło się śmiesznie.
- Przesadziłeś Harry. - wysapał Liam siadając na ławce.Odłożył ciężarki i otarł pot z twarzy.Zaprzestałem swój trening i również usiadłem naprzeciwko niego.
- Nie rozumiem. - oznajmiłem, a on spojrzał na mnie unosząc brwi.Odchrząknął i spojrzał w bok.
- Okey, przywaliła mi cholernie mocno, ale żeby ją usypiać z igły?!
Co on tak się o nią troszczy? Zasłużyła.
- Zakochałeś się w niej? - zapytałem na co on momentalnie spojrzał w moją stronę.
- Wal się...to nie ja...
- Chłopcy ćwiczyć, ja wychodzę. - rozkazał trener i odszedł.
Postanowiłem skończyć temat Carlin bo robiło się niebezpiecznie.Jeszcze ktoś usłyszy i rozgada.W tej agencji są takie chamy, które potrafią cię zniszczyć i na tym zyskać.
- Luke! - krzyknął Zayn.Odwróciłem się za siebie.Mulat podszedł do chłopaka. - Mamy do pogadania. - warknął zbliżając się do niego.Wstałem i zbliżyłem się by pooglądać jak będą się zabijać.Tak owszem jest moim przyjacielem, ale to jego wybór, a poza tym Zayn nie jest babą.
- Niby o czym? - zapytał całkiem spokojnie. - Sorry chłopie...nie jestem specjalistą od chorób psychicznych. - wzruszył ramionami, a jego równie głupi koledzy zarechotali.Klatka piersiowa Malika napięła się, a dłonie uformowały w pięść.Bez dłuższego namysłu zrobił zamach prosto w brzuch szatyna.Ten syknął i zgiął się w pół.Posłał Malik'owi wrogie spojrzenie i wyprostował się.Spuścił wzrok na swoje stopy i znów prychnął. - Trochę głupio wyszło. - zrobił pauzę i powoli się odwrócił po czym Zayn dostał w twarz. - Bo będę musiał nauczyć cię manier. - wtedy wszystko się zaczęło.Poszli w pięści.To dobra metoda na wyładowanie emocji.Miło jest czasem przywalić komuś i nie być za to karanym.Tutaj jest to normalne.
Ida*
Kolejne dni mijają mniej więcej tak samo. Wstaję. Jem. Ćwiczę. Jem. Ćwiczę. Jem. Idę spać. I tak w kółko. Dzisiaj było podobnie. Zaczynam się niecierpliwić. W SSO życie było bardziej dynamiczne. Dowiedziałam się, że dziewczyna z siłowni ma na imię Clary. Jestem teraz jej wrogiem numer 1. Kiedy sie mijamy warczy na mnie i przeklina, zazwyczaj ja ignoruję, albo odpowiadam równie głupim tekstem.
- O co chodzi? - spytałam wreszcie Micka. Wzruszył ramionami.
- Nie wiesz? Będziesz mieć zadanie. Słyszałem od ludzi. Plotki szybko się roznoszą. Spojrzałam w stronę Blondi i jej chłopaka, z którymi już rozmawiałam parę razy. Uniosła kciuki w górę i uśmiechnęła się. Nie odwzajemniłam. Mick stwierdził, że to wielkie szczęście dla mnie. Nieczęsto się zdarza, żeby nowa osoba miała zadanie.
- Nowa? - zdziwiłam się. - siedzę tu ponad trzy tygodnie. - zauważyłam. Mick znów wzruszył ramionami.
- Masz się zgłosić do Tetris. Powie ci o co chodzi. - wstał, odniósł talerz i wyszedł. Dokończyłam posiłek i ruszyłam na poszukiwania Tetris. Znalazłam ją w siłowni. Zeszła z rowerka do ćwiczeń i podeszła do mnie.
- Mamy do pogadania. - powiedziała i wyszła do szatni. Poszłam na nią. - Czeka cię misja. - rzuciła, rozbierając się i wchodząc pod prysznic. - No, jeżeli można to tak nazwać. Widać, że nie jesteś nowa w tych sprawach, więc myślę, że to dobry moment, by cię sprawdzić.
Milczałam, więc kontynuowała.
- Nic wielkiego. Potrafisz kraść, prawda? Robiłaś to w pokoju symulacyjnym i szło ci perfekcyjnie. Uważamy, że jesteś gotowa. - nie powiedziała kto to jest "my", ale domyśliłam się, że chodzi o Szefa.
Blondi wytłumaczyła mi, że Szef, jest postacią potężniejszą niż bóg. Widzi wszystko, wie wszystko. Nikt nie zna jego imienia, nikt nie wie jak wygląda, ani gdzie znajduje się w danym momencie. Oprócz Tetris. Ona jest jego prawą i lewą ręką. Jego oczami i uszami. Bez niej On by nie istniał i bez niego ona by nie istniała. Najdziwniejsze jest jednak to, że Tetris mnie wybrała. A skoro ona to zrobiła, znaczy, że zrobił to Szef, a tak nigdy się nie dzieje. Wszyscy traktują mnie jak kogoś wyjątkowego, ale raczej w złym znaczeniu. Według nich wiem, kim jest Szef, znam go, ale nie chcę im powiedzieć. To nieprawda. Nie mam pojęcia co to za gość. Tetris tłumaczy mi, na czym ma polegać włam. Nic wielkiego. Mam ukraść pieniądze z sejfu najbogatszego człowieka w mieście. Bułka z masłem. Dali mi odpowiednie narzędzia i gadżety, a ja po raz pierwszy odkąd tu jestem zadzwoniłam do McMurfy'ego, żeby poinformować o mojej pierwszej misji.
- No nareszcie. Już myślałem, że nigdy się nie odezwiesz. Coś nowego?
- Ta. Mam się włamać do tego bogatego gościa, co ma to lotnisko. Nic wielkiego. Dam sobie radę.
- Oczywiście. Ćwiczysz dużo? Mam nadzieję, że jesteś grzeczna. - niemal słyszałam jak się uśmiecha.
- Ta. Należę teraz do Gangu Scorp. Oczywiście, że jestem grzeczna. - mruknęłam sarkastycznie. - Dobra, bo zaraz ogarną, że rozmawiam z tobą. Na razie, pozdrów chłopaków.
Rozłączyłam się. Usiadłam na łóżku i zastanawiałam, jak będzie wyglądać moja pierwsza kradzież, bez pomocy McMurfy'ego.
No więc jest rozdział. Nadal staramy się ogarnąć wszystko, bo mój komputer odmawia współpracy, więc rzadko mogę pisać. Mamy nadzieję, że wam się spodoba, napiszcie opinie w komentarzach, polećcie komuś tego bloga, może się spodoba ;)) Dziękujemy ! ~ Hermi
czwartek, 5 marca 2015
Chapter 4
Sierra*
Dziewczyna, którą umazałam od jogurtu wydawała się być spoko.Nie wrzeszczała i nie płakała z powodu tego, że ubrudziła sobie bluzeczkę od Armadi'ego.Jak jakaś diva.
- Dzięki za ciuchy.Oddam jak wrócę. - powiedziała szybko. - Cześć. - pożegnała się.
- Pa. - machnęłam ręką.Ciekawe gdzie się tak spieszyła i dlaczego zabrała moje ubrania? Nie wygląda na biedną.W końcu mieszka w najlepszym penthus'ie w Londynie.Nie wierzę, że chodzi w tym samym.Zabrałam telefon z blatu i wybiegłam z mieszkania trzaskając drzwiami.Nie czekałam na windę.Zbiegłam na dół po trzy schodki.Na szczęście ludzie teraz wolą jeździć windą niż męczyć się wspinając się po schodach.Wybiegłam zza rogu prawie potrącając pokojówkę z górą ręczników.
- Przepraszam! - krzyknęłam i biegłam dalej.Zauważyłam Vicky.Wsiadała do sportowego auta.Popatrzyłam na dwa boki.Gwizdnęłam na palcach.Taksówka podjechała do mnie.Wpakowałam się na tylne siedzenie.
- Dzień dobry. - przywitał się mężczyzna około pięćdziesiątki.
- Witam.Proszę aby jechał Pan za tym samochodem. - wskazałam palcem na samochód Victorii.
- Super. Jeszcze nigdy nie bawiłem się w "Za tym samochodem, szybko!"
Sama nie wiem co mnie podkusiło by za nią jechać.Jestem zbyt ciekawska.Tylko co ja jej powiem? Że nudzi mi się i postanowiłam ją śledzić? Myśl Sierra, myśl.Przeczytałaś tyle książek! Musisz mieć olej w głowie! Stukałam paznokciem o szybę.Co robić?
- Nad czym tak panienka rozmyśla? - wyrwał mnie z zamyślenia kierowca.Całkiem zapomniałam, że tu jest.
- Em..o błahostkach.Mało ważne. - kiwnął głową.
- Czasem mało ważne błahostki zajmują za dużo miejsca w naszej głowie. - powiedział.Zmarszczyłam czoło.O co mu chodzi?
- Ma Pan rację, ale niestety takie życie.Wszyscy zostaliśmy tak samo zaprogramowani.
- Zaprogramowani? - zarechotał i odchrząknął. - Ta dzisiejsza młodzież...
- O! Niech Pan tutaj się zatrzyma! - taksówkarz zjechał na pobocze trochę bliżej niż Vicky.Wysiadłam z pojazdu i podeszłam do otwartego okna kierowcy.
- Dziękuję. Proszę tutaj poczekać.
Kryłam się za stertą krzaków.Patrzyłam na dziewczynę.Nie zauważyła mnie.Była blisko jakiegoś starego magazynu.Prawdopodobnie był opuszczony od lat.Rozejrzała się dookoła.Lekko kucnęłam.Po co tu przyjechała? Weszła do magazynu.Mimo, że byłam dalej od budynku to i tak słyszałam jak okropnie skrzypią metalowe drzwi.Moje nogi same zaczęły iść.
Popchnęłam powoli brudne od kurzu drzwi.W środku było ciemno.Tylko jasny promień słońca przechodził przez pomieszczenie.Zrobiłam dwa małe kroki.W powietrzu unosił się zapach starości.Pewnie nikt tu długo nie sprzątał.
- Co...ty...tu...robisz?! - usłyszałam głos gdzieś przed sobą.To była Victoria.Lekko drgnęłam na jej surowy ton.
- Vicky? - uśmiechnęłam się. - No hej! Miło cię eeę...znowu widzieć. - Sierra postaraj się.Mówiła mi podświadomość.
- Dlaczego tu przyjechałaś za mną?! - warknęła z nutką paniki.Brunetka wyszła z cienia.Była zaskoczona, ale nie pozytywnie.
- Em ja, ja...ja zapomniałam ci powiedzieć, że te leginsy się prują na tyłku...i... - strach powodował, że język mi się plątał.No, ale plus za moja pamięć bo faktycznie te leginsy się niszczą.Uderzyła się w czoło kilka razy.To pewnie przez moją głupotę i idiotyzm.
- Dlatego tu przyjechałaś?! Specjalnie z powodu głupich leginsów! - starała się być groźna, ale nie wrzeszczała.Tak jakby bała się, że ktoś nas usłyszy.
- No... no, wiesz.W końcu zrobi się wielka dziura i będzie niezły ubaw i siara. - zachichotałam, ale po sekundzie spoważniałam.
- Idź stąd. - wskazała na drzwi.
- Dobrze już się robi, ale ma jedno pytanie...Co TY tu robisz? - zaczęła patrzeć po kątach byle uniknąć mojego wzroku.
- Jeżeli stąd pójdziesz i nikomu nic nie powiesz to dowiesz się tego jutro. - wybełkotała szybko i zaczęła mnie pchać ku drzwiom.
- Ale!
- Jutro pogadamy i idź.Nie! Uciekaj! Masz uciekać i nie patrzeć za siebie.Rozumiesz? Inaczej nie odzyskasz tej kurteczki.
- To moja ulubiona! - oburzyłam się.Co za laska.Pożycza moje ubrania, czai się w jakimś przedwojennym magazynie i wywala mnie.Zamknęła za sobą drzwi. Nie miałam zamiaru jej podskakiwać.Chwilę temu zrobiłam z siebie wystarczającą idiotkę. - Boże...widzisz i nie grzmisz. - mruknęłam.
***
Wróciłam do taxówki. Był piękny wieczór.
- Proszę jechać, przejdę się. - powiedziałam do kierowcy. Zapłaciłam i odjechał.
Wracałam do miasta drogą, która prowadziła przez niewielki lasek.Od czasu do czasu biegłam, ale tylko trochę.Buty zaczęły mnie odzierać i było to okropne uczucie.Pogoda zaczęła się psuć.Niebo przybierało szaro-granatowego koloru, a powietrze stawało się ciężkie.Czyżby przyszedł czas na burzę? Błagam, oby to był tylko żart.Dlaczego tu nie ma przystanków?! Poczułam na swoim nosie kropelkę wody.Przyspieszyłam kroku.Jak daleko jeszcze?! Kierowałam się znakami drogowymi.Znów poczułam coś mokrego na włosach, nosie, ramionach.Po chwili zagrzmiało.Moja szczęka zaczęła drżeć.
- O błagam, w takiej chwili?! - krzyknęłam do nieba.Kiedy cię potrzeba to zawsze cię nie ma.Nie zastanawiałam się z byt długo.Zdjęłam trampki i skarpetki.Zaczęłam biec po gładkim asfalcie by wyprzedzić burzę.
Nagle zaczęło bardzo padać.Przyspieszyłam gdy usłyszałam grzmot.Wiem, tylko kretyn biega podczas burzy w lesie, ale ja to ja.Po krótkim czasie byłam cała mokra.Od czubka głowy aż do stóp.
Burza stawała się coraz większa, a padać nie przestawało.
*Ida
Starałam się nie myśleć w tej chwili o Sierrze. Działa mi na nerwy. Jest strasznie wścibska. Rozejrzałam się. Powinni już być. Drzwi otworzyły się i weszło kilka osób.
- A jednak jesteś. - stwierdziła Tetris ze zdziwieniem.
- Już myśleliśmy, że stchórzysz. - męski głos. Facet był wyższy ode mnie i starszy. Wyglądał nieźle. Skóra opinała jego niczym nieosłonięte mięśnie.
- Ta, jestem. - mruknęłam.
- Może się przedstawisz? - zaproponowała Tetris.
- Vicky Bloom. - powiedziałam bez zająknięcia.
- Jak słodziutko. - stwierdził osiłek. Mruknęłam przekleństwo pod jego adresem, nie usłyszał.
- Dobra Vicky. Słodziutka dziewczyneczka z ciebie. - Tetris podeszła i odgarnęła mi kosmyk włosów za ucho. No nie gadajcie, że jest homo.
- Nie.
- I jaka zadziorna. Kim jest dla ciebie ta ślicznotka? Sierra Carlin?
- Skąd wiesz jak się nazywa? - wkurzyłam się.
- Wiem o wiele więcej niż myślisz. - przejechała paznokciem po moim policzku. Odtrąciłam jej rękę.
- Nic mnie z nią nie łączy. - warknęłam. Tetris przyjrzała mi się.
- Bierzemy cię, Bloom. - powiedziała po prostu. Uniosłam brwi.
- Już? A test?
- Nie potrzebujesz testu, dobrze o tym wiesz. - machnęła ręką na osiłka i zwróciła się do wyjścia. - Chodź.
Poszłam za nią, pełna złych przeczuć.
Harry*
Siedziałem przy swoim biurku, czytając różne nowe wiadomości ze świata na laptopie.Od czasu do czasu zerknąłem na słodkie zdjęcie w ramce.Byłem na nim ja i Sarah.Tacy szczęśliwi.Uniosłem kącik ust do góry.Zerknąłem na drugą fotografię.Na tym również byłam, ale tym razem z tatą. Bardzo go kochałem.Był jedną z nie wielu osób, które mnie rozumieją i potrafią pocieszyć.No, a teraz... musi siedzieć przez tego kutasa! Zdenerwowałem się mocno na samą myśl o tym zakłamanym chamie.Obiecuję, że już niedługo się zemszczę.Nawet już wiem jak.Zamknąłem laptopa.Przeczesałem włosy palcami.Zebrałem się do wyjścia.Ruszyłem do kwatery Liama, która znajdowała się na tym samym piętrze.Zapukałem kilka razy i po usłyszeniu ''proszę'' wszedłem.Nie zdziwił się na mój widok.Często razem pracujemy.
- Cześć. - oparłem się o jego biurko. - Wiem, że możesz mi pomóc. - uniósł brwi.
- Jasne, a o co chodzi? - złożył ręce i przeniósł swój wzrok z monitora na mnie.
- Pamiętasz niejaką małą miss Sierrę Carlin? - zapytałem prosto z mostu bez owijania w bawełnę.Nie mam przed nim tajemnic.Jest moim przyjacielem.
- No tak, urocza panna.- odparł lekko potrząsając głową.
- Hm. - mruknąłem. - Właśnie.Wiesz o niej...coś więcej? - zacząłem chodzić w prawo i lewo, uważnie słuchając chłopaka.Czytał, że jest jedynaczką, uczęszczała do prywatnej szkoły, jej codzienny grafik dnia był zawalony różnymi lekcjami np.gimnastyki, jazdy konnej, pływania czy gry na instrumentach i plus szkoła.Matko boska, jak ona wytrzymuje? Widzę, że Carlin pozwala sobie torturować córeczkę.
- No, a coś o jej rodzicach? - przystanąłem.Coś poklikał myszką i zaczął czytać.
- Em, ojciec Thomas Ryan Carlin, lat 39, wysoko ceniony prawnik...matka...chwila...Daisy Carlin, zmarła w wieku 22 lat.Była na trzecim roku studiów policyjnych.Aktualną partnerką Thomasa jest Mary Carlin.Projektantka mody. - ciekawe czy Sierra wie, że jej matka nie żyje.Miała wtedy tylko 2 latka.No, ale nie po to tu przyszedłem. - Pomogłem ci, a teraz ty gadaj po co ci to wiedzieć.
- Za kłamstwo się płaci, prawda? - kiwnął głową. - Więc, postanowiłem sam wymierzyć Thom'owi odpowiednią karę. - nadal nie rozumiał. - A ty mi w tym pomożesz. - wskazałem go palcem.
- Ja?! Nie! Jeszcze wpakujesz nas w jakieś gówno i wywalą nas. - wstałem i uderzyłem w jego biurko.Różne teczki z papierami i klawiatura aż się zatrzęsły.
- Liam! Jesteś kuźwa moim przyjacielem? Pomóż mi! - trząsł głową na boki. - Tu chodzi o mojego ojca. - mruknąłem.Patrzył na mnie zamyślony.Musiał mi pomóc.
- Cholera Harry... - przewrócił oczami. - No dobra! - lekko się uśmiechnąłem. - Ale gadaj, o co chodzi.
- Już się robi. - wszystko powoli mu wytłumaczyłem.Był zdziwiony moim planem, a nawet zaskoczony.Przez chwilę nawet myślałem, że chce zrezygnować.Jednak Payne to równy gość.
- Harry, a co na to McMurfy? - wzruszyłem obojętnie ramionami.
- McMurfy nic o tym nie musi wiedzieć. - powiedziałem ciszej.
- Jesteś powalony Styles. - bąknął z uśmiechem.
- Też cię lubię Payne. - odparłem.
Sierra*
Spacerowałam po zielonym, dużym parku.W wakacje jest tu najpiękniej.Weszłam do innej części parku.Było tu ciemniej.Ogromne, grube drzewa dawały dużo cienia.Patrzyłam do góry.Rude wiewiórki skakały po gałęziach, które były porośnięte bluszczem.Skręciłam w bok.Obeszłam drzewo dookoła.Położyłam nogę na kamieniu, złapałam się za gałązkę i wspięłam się na drzewo.Usiadłam i opuściłam nogi.Swobodnie wisiały, a ja wyobrażałam sobie jakby to było mieć tu wielki domek na drzewie.Chyba bym tu zamieszkała.Na przeciwko drzew było średniej wielkości jeziorko.Było czyste i przejrzyste.Gdzieniegdzie rozkwitał sobie czerwony tulipan albo róża.
- Jak tu pięknie. - szepnęłam podziwiając matkę naturę.Szkoda, że nie zabrałam aparatu.
Usadowiłam się wygodnie i oparłam o główny pień.Założyłam nogę na nogę i wyciągnęłam książkę z torebki.
Nim się spostrzegłam minęły dwie godziny.Czyli jest już południe.Spakowałam książkę i zeskoczyłam z drzewa.Postanowiłam zjeść coś na mieście.Podeszłam do budki z hot-dogami.Kupiłam jednego i szybko zjadłam.
*Ida
Zabrali mnie do swojej kwatery. Zaczynam za dużo podejrzewać. Nie są zbyt ostrożni, ufają mi. To raczej nie dobrze. Dostałam mały pokoik. O wiele mniejszy i gorzej urządzony niż ten w SSO. Rzuciłam torbę na łóżko, a raczej pryczę. Nawet mnie nie sprawdzili. Zachowywałam się zupełnie naturalnie, na pewno mnie obserwują. Rozejrzałam się po pokoju, zaniosłam kosmetyczkę do malutkiej łazienki. Usiadłam na łóżku, oparłam się o ścianę i wyciągnęłam batona czekoladowego. Zadzwoniłam do Liama i rozmawiałam z nim, jak ze zwykłym przyjacielem z Londynu. Miał dziwny głos, jakby się czegoś obawiał. Kiedy go o to zapytałam, zapewnił mnie, że wszystko w porządku. Rzucił tylko coś, że Harry kombinuje, ale Harry zawsze kombinuje, więc nie przejęłam się zbytnio. Powiedziałam, żeby na siebie uważał i że wyjechałam na parę dni, więc się nie zobaczymy. Pożegnaliśmy się i drzwi się otworzyły. Zobaczyłam nieznajomego chłopaka. Uśmiechnął się do mnie. Przyglądałam się mu uważnie. Wyglądał nieźle, chyba jest w moim wieku.
- Czego? - wyrzuciłam papierek po batonie na podłogę.
- Tetris cię wzywa. - wstałam i poszłam za nim. Zamknęłam drzwi na klucz. - A tak przy okazji jestem Mick Leyman. - podał mi rękę. Uścisnęłam lekko.
- Vicky Bloom.
- Dlaczego to zrobiłaś? - zapytał cicho. Spojrzałam na niego z ukosa.
- Niby co?
- Dlaczego zgodziłaś się należeć do gangu Scorp? Wiesz w ogóle na co się piszesz? Tu nie jest tak jak w filmach, nie jesteś główną bohaterką, która choćby była nienawidzona przez cały Londyn, kilka razy postrzelona to i tak przeżyje. Zdajesz sobie sprawę, jakie to jest niebezpieczne?
- Nie jestem dzieckiem, wiesz? Potrafię sobie poradzić. - Już lubię tego Micka. Nie wiem czemu, po prostu. Wydaje się okay. - Skoro to takie niebezpieczne, to dlaczego TY dołączyłeś do gangu?
Westchnął cicho. Minęliśmy drzwi, zza których słychać było jakieś narzędzie, może wiertarkę. Nie byłoby to dziwne, gdyby ten głos nie mieszał się ze zduszonym krzykiem i szaleńczym śmiechem. Przeszedł mnie dreszcz. Mick skrzywił się. Widziałam, że mu się tu nie podoba.
- Mój ojciec jest założycielem. - wyjaśnił. Opadły mi ramiona.
- To nie był twój wybór. Nadal masz życie we własnych rękach. Powiedz, że odchodzisz i miej to z głowy. - zatrzymał się i spojrzał na mnie bystro. Tak przy okazji, był całkiem przystojny.
- Myślisz, że to takie łatwe? Wyjdę na ulicę i zaraz złapią mnie członkowie SSO, nim zdążę powiedzieć, że jestem niewinny. Wyciągną ze mnie informacje, używając tych swoich pieprzonych urządzeń, a potem spalą moje ciało, a prochy rozrzucą gdzieś w lesie, mając w dupie to, że jestem, kurwa człowiekiem! Moje życie jest tutaj, Bloom. I nic na to nie mogę poradzić. Urodziłem się taki i taki umrę. - patrzył mi w oczy. Miał rację. Miał cholerną rację i to najbardziej bolało.
- Rozumiem. - szepnęłam. Nagle coś mnie tknęło. - Czekaj... członkowie tego... SSO by cię złapali? Skąd wiedzą, jak wyglądasz?
- Jestem poszukiwany przez policję. Oni chcą być pierwsi. Zawsze chcą być pierwsi. Myślą, że są lepsi od policji. - ruszyliśmy znowu korytarzem.
- Bo tak jest. - mruknęłam.
- Skąd niby to wiesz?
- Obiło mi się o uszy. - wzruszyłam ramionami. Zadzwonił telefon Micka. Odebrał i chwilę z kimś się kłócił. kiedy już obdarzył go wszystkimi znanymi przekleństwami dał sobie spokój i zapytał o co właściwie chodzi. Rozmawiał jeszcze chwilę, już normalnym tonem.
- Mam cię zaprowadzić na siłownię. - mruknął. - Tetris musi wyjechać.
- Co w tym złego? - zdziwiłam się. Spojrzał na mnie, jakby miał mnie już więcej nie zobaczyć.
- Nic.. znaczy. Uważaj na siebie, okay?
- Okay.
- Mam nadzieję, że te mięśnie to nie jest tylko ozdoba. - mruknął i otworzył mi podwójne drzwi. Weszłam do małej szatni. Odwróciłam się do niego.
- Wszystko co potrzebne masz w szafce numer 27. - rzucił mi kluczyki. - Powodzenia.
Sierra*
Siedziałam na placu zabaw, patrzyłam na uśmiechnięte dzieci i piłam zimną wodę.Jak ja im cholernie zazdroszczę dzieciństwa.Nabijanie się z wszystkiego, żartowanie z przyjaciółmi, kłócenie się o zabawkę, a potem godzenie po dwóch minutach.Takie łatwe, szczęśliwe dni.Upiłam łyk wody i przepłukałam usta. - Prawda, że to smutne. - obok mnie usiadła starsza kobieta.Zdziwiłam się tym.Nie znam jej, a ona najprawdopodobniej mnie też.Spojrzałam na jej profil twarzy.Miała mocno czerwone usta, siwe włosy i białe korale na szyi.Pewnie babcia jednego z dzieciaków.
- Ee.. proszę? - zapytałam zdezorientowana.Uśmiechnęła się ciepło.Spojrzała na mnie.Widziałam w jej oczach spokój.
- Te nasze małe pociechy. - machnęła ręką pokazując małolatów. - Za szybko dorastają.Nie zdążą się nacieszyć młodym życiem. - mówiła.Co miałam jej powiedzieć? - Jestem Grace Russel. - podała mi dłoń.Uścisnęłam ją.
- Sierra Carlin. - grzecznie się przywitałam z miłym uśmiechem na twarzy.
- A pani? Co o tym pani sądzi? - spytała patrząc przed siebie.Nie bardzo wiedziałam co odpowiedzieć.Dzieciństwo nie należało do najlepszych okresów mojego życia.
- Sama nie wiem.Dla mnie życie ogólnie jest za krótkie by wystarczająco się nacieszyć.Zawsze spotyka mnie to samo i męczy mnie ciągła nuda. - powiedziałam i oparłam się o oparcie ławki.Pierwszy raz rozmawiam z kimś od mojej przeprowadzki.Nie licząc Vicky, boya hotelowego i pani z recepcji.
- Też tak kiedyś myślałam.Byłam...mniej więcej twojego wieku. - zauważyła i przyglądnęła mi się.
- I? - przerwałam jej.
- Do póki nie uświadomiłam sobie, że sztuką życia jest cieszenie się z małych rzeczy. - odparła wesołym ochrypłym głosem. - Nie możesz dużo żądać od świata, by zmienił twoje życie, ale od samej siebie. - wskazała mnie palcem. - Tylko ty możesz uczynić je idealnym.
- To jest zbyt trudne proszę pani. - jęknęłam i poparłam brodę ręką.Kobieta trzymała w ręce kwiatek.Patrzyła na niego jakby był ostatnim kwiatem na świecie.Była lekko smutna, ale też i radosna.Obydwa uczucia naraz? To możliwe? Potem uświadomiłam sobie, że to jest to, co mówiła chwilę temu.Ona potrafi cieszyć się nawet najmniej ważnymi rzeczami.Nagle wstała i zbliżyła swoją twarz do mojego ucha.
- Po prostu żyj według życiorysu, który chciałabyś sobie napisać. - szepnęła i odeszła.Była coraz dalej.Z rękami założonymi za plecami spacerowała parkiem, a słońce oświetlało jej drogę.Jej słowa huczały w mojej głowie.Spojrzałam w dół.Na moich kolanach leżał kwiatek, który trzymała.Wzięłam go i wróciłam do mieszkania.
*Ida
Nie zrozumiałam o co chodzi Mick'owi. Przebrałam się w biustonosz sportowy, spodenki dresowe i poszłam ćwiczyć. Rozciągałam się kwadrans przed lustrem, dużym na całą ścianę. Wiele osób się mi przyglądało, niektórzy kiwali głowami ze współczuciem, inni uśmiechali się krzywo, lub szeptali między sobą. Zignorowałam ich.
- Proszę, proszę. Jakaś dziwka myśli, że może sobie ćwiczyć przed moim lustrem? -Spojrzałam na odbicie w lustrze. Obok mnie stała stanowczo zbyt wysoka i umięśniona kobieta. Mogła mieć może dwadzieścia pięć lat. Oparłam dłonie na biodrach.
- Jestem Vicky Bloom. -przedstawiłam się. Wciąż patrzyłam na jej odbicie, a nie bezpośrednio na nią. Wygląda, jakby ją to nieźle irytowało. Złapała mnie za ramiona i obróciła w moją stronę. Jej paznokcie wpijały się w moją skórę.
- Jesteś nowa i jeszcze nie rozumiesz tutejszej hierarchii wartości. Przydałaby ci się lekcja. - to mówiąc uderzyła mnie pięścią w brzuch. Nie spodziewałam się takiego ataku. Zgięłam się w pół. Odepchnęła mnie i wpadłam do tyłu, na stos hantli. Czułam jak napierają na mnie z każdej strony. Ktoś mnie wyciągnął i postawił na nogi. Ustawiłam się gotowa do obrony. Natarła na mnie z mściwą radością w oczach. Przełknęłam ślinę, na twarzy starałam się utrzymać nieugięty wyraz twarzy.
Przepraszamy bardzo za tak długą nieobecność i tak krótki rozdział. Wszystko to wynika z problemów z komputerem, moim i mojej kuzynki. Myślę, że za niedługo to uregulujemy. Postaramy się teraz zebrać i pisać regularnie.
Dziękujemy za wszelką aktywność, za wszelkie komentarze, dobre i złe, bardzo dziękujemy. ~ Hermi
sobota, 7 lutego 2015
Chapter 3
*Ida
- Nie ma mowy.
- Ale zrozum. To jedyny sposób. Ona najwyraźniej nie zdaje sobie sprawy, że należę do SSO. Nie rozumiesz, że będę mogła wszystko kontrolować? Taki szpieg byłby najlepszy. - McMurfy spojrzał na mnie, kręcąc głową. Liam stał nieco za mną, przysłuchując się wszystkiemu.
- Ida, posłuchaj. - stanął przede mną. Wyglądał bardzo wojowniczo i pewnie. Wyprostowałam się. - To nie jest dobry pomysł. Poradzimy sobie, bez szpiega.
- Nie ufasz mi. Dam sobie radę, jestem silna, nie? - Oparłam dłonie na biodrach.
- Ida.. tak, jesteś silna, ale zrozum...
- Nie. To ty zrozum. Jak możesz być taki obojętny?! Masz szansę zdobyć ważne informacje, a zamiast tego udajesz, że się o mnie martwisz. Co zamierzałeś zrobić? Zapewne, wysłać kogoś innego, prawda? Ale to mnie zaprosiła. Nikt inny nie ma szans tam się dostać. Musisz mi zaufać. - patrzyłam mu głęboko w oczy. Był zły. Widziałam to. Widziałam też, że już wygrałam. Założył ręce z tyłu i odwrócił się ode mnie. Chwilę gapił się na przeciwległą ścianę, po czym przesunął kilka papierów na biurku. Obszedł biurko dookoła i otworzył dużą szufladę kluczem. Chwilę przeglądał kartotekę. Włączył nowoczesny komputer, usiadł i zaczął szybko pisać.
- Przedstawiałaś się?
- Nie jestem głupia. - warknęłam.
Sierra*
Byłam pewna, że nic w moim życiu się nie zmieni.Myślałam, że zawsze będę pod rozkazem rodziców jak jakiś pies na smyczy.Teraz mogę żyć własnym życiem, cieszyć się spokojem i nie zadręczać się upierdliwą mamą ani zapracowanym tatą.Nadal ich kocham.W końcu są to ludzie, którzy mnie ekhem, zrobili, a mówiąc grzeczniej dali mi życie.Nie zawsze było piękne, ale nie chcę o tym teraz myśleć.Włożyłam do dużej szafy ostatnia parę butów.Dodałam kilka ramek ze zdjęciami, poukładałam książki na szafce i zrobiłam porządek w kosmetykach.Nie mam ich zbyt wiele, ale jednak coś jest.
Siedziałam na dużym łóżku patrząc na widok za oknem.Nim się spostrzegłam już było popołudnie.Ile ja czasu spędziłam na rozpakowywaniu?! Zbiegłam do kuchni.Otworzyłam lodówkę.Pusto.
- Aha. - mruknęłam na widok lodówki świecącej pustością. - To może coś zamówię. - sięgnęłam do telefonu wiszącego na ścianie.Wystukałam numer mojej ulubionej pizzeri.Zamówiłam i rozsiadłam się w salonie obok.Położyłam się na kanapie wkładając poduszkę pod głowę.Włączyłam telewizor.Same programy news'owe.Londyn jest pięknym miastem, ale bardzo dużo się tu dzieje.Za każdym razem jak oglądam wiadomości to słyszę tylko o kradzieżach, zbrodniach i innych kłopotach.Mówi się, że świat jest zły, a to przecież ludzie go niszczą.Przez kilkanaście minut oglądałam jakąś bajkę dopóki nie usłyszałam pukania.Otworzyłam drzwi.Tam stał chłopak około dwudziestki w czerwono-żółtej czapce z daszkiem i koszulce polo w podobnych kolorach.W dłoni trzymał pudełko z pizzą.Już czułam jej piękny zapach.
- Dzień dobry. - uśmiechnął się zadziornie. - Zamawiała pani pizzę?
- Tak, dziękuję. - pudełko zabrałam do ręki i podałam mu odpowiednią sumę.
- Do widzenia i smacznego. - lekko uniósł czapkę.
- Cześć. - zniknęłam za drzwiami.
Usiadłam przy kamiennym barku w kuchni.Otworzyłam pudełko.Po całym pomieszczeniu rozniósł się przyjemny zapach.Położyłam na talerz dwa kawałki pizzy, a resztę schowałam.Muszę coś rano zjeść.Wyszłam na balkon, położyłam moja kolację na stoliku.Pobiegłam jeszcze szybko do pokoju po aparat.Zrobiłam zdjęcie mojej pierwszej przekąski w nowym domu i kilka fotek Londynu.Kocham robić zdjęcia.To moje hobby!
Położyłam się w łóżku i przykryłam kołdrą.Patrzyłam na sufit.W mojej głowie odbywała się walka myśli.Przez to nie potrafiłam zasnąć.Ostatnie wydarzenie nie dawało mi ciągle spokoju.Może najadłam się wtedy za dużo słodyczy i mi odwalało? Ubrałam sukienkę, nie wiadomo jak poobdzierałam sobie nogi w ogrodzie i obudziłam się w swoim pokoju.Okey to mało prawdopodobne, ale załóżmy że tak właśnie się stało.Chcę w spokoju zasnąć i się obudzić.Jutro czekają mnie duże zakupy.
*Ida
Staliśmy w ciszy, przerywanej tylko szybkim stukaniem w klawiaturę, cichym pikaniem alarmów i szumów wielu ekranów, przekazujących obraz z całego ośrodka i kilka ulic Londynu. Liam podszedł do mnie i uścisnął moją rękę.
- Jesteś pewna? To niebezpieczne.
- Kiedy mnie tutaj przyprowadzili nikt się nie martwił, że będzie niebezpiecznie. Po to się urodziłam. To jest moje przeznaczenie, Liam. - muszę być twarda. Nie mogę okazywać żadnych uczuć, zupełnie nic. Odkaszlnęłam. McMurfy skończył pisać. Drukarka wyprodukowała dwie zapisane kartki. Wziął je i podał mi.
- Nauczysz się tego na pamięć. - spojrzałam na tekst.
- Co to niby jest?
- Twoja przeszłość. - wyjaśnił. Drzwi się otworzyły i wszedł młody chłopak, Bill, z którym spędzałam sporo czasu, kiedy byłam młodsza.
- Cześć Billy. - przywitałam się. Spojrzał na mnie z szacunkiem.
- Witaj. - podał McMurfy'emu dokumenty, skinął nam głową i wyszedł. Szef przejrzał papiery i podał mi je.
- A to twoja nowa tożsamość. - otworzyłam teczkę i zobaczyłam dowód osobisty z moim nowym imieniem i nazwiskiem.
- Vicky Bloom. Data urodzenia, 20 maja, lat 20. O i nowe prawko, dzięki. - Przejrzałam kolejne papiery. - Poważnie? Vicky Bloom, włosy: ciemne, oczy: szare, karnacja: ciemna, znaki szczególne: brak. Po co mi te akta?
- Mogą się przydać. - McMurfy wzruszył ramionami. - Przygotuj się na dzisiaj. Nie wiadomo co to za test, ale na pewno sobie poradzisz. Pamiętaj, żeby nic nie zobaczyli. Bill przyniesie zaraz kilka przydatnych gadżetów. Ida... uważaj na siebie, okay?
- Okay. - nie martwił by się tak, gdybym nie była jego jedyną rodziną. Wszedł Bill z małym pudełkiem.
- Ulepszyłem twój samochód. - powiedział. - Tu masz instrukcję, co do czego służy.
- Czekaj, czekaj. Masz dostęp do mojego samochodu?!
- Jasne. - powiedział, jakby to było oczywiste. - Zegarek przyda ci się najbardziej.
- Mam zegarek.
- Możesz go wyrzucić. - powiedział.
- Jest dla mnie ważny. - zegarek to jedyne, co mi zostało po rodzicach. Dał mi go tata kiedy miałam 4 lata.
- Na razie go zdejmij. - założył mi nowy zegarek na rękę. Był czarny, wyglądał zwyczajnie, jak drogi zegarek. - Ten przycisk zamienia ekran w kompas, ten włącza laser, ten wytwarza proszek, do wykrycia alarmów laserowych, ten otwiera mechanizm. W środku jest ukrytych kilka mikrobotów. Możesz nimi dowolnie sterować tym. - podał mi smartfon. - Będzie ci służył też do komunikacji z nami. Każdy mikrobot ma inny numerek. Szybko zrozumiesz, jak się tym steruje. Na razie tego nie rób, bo akumulatory wystarczają max na dwa dni. Mikroboty mają wbudowane kamery i mikrofony. Jeżeli będziesz potrzebować pomocy, rozbij szkiełko zegarka. Możesz go użyć tylko w ostateczności, bo potem zegarek będzie do wyrzucenia. Po rozbiciu szkiełka zegarek będzie nadawał sygnał przez godzinę do dowództwa, a potem dokona autodestrukcji, więc trzymaj się co najmniej 5 metrów od niego.
- To wszystko? - westchnęłam, bo zaczynało mi się mylić. Dobrze, że mam tą instrukcję.
- Tak. W samochodzie masz resztę potrzebnych rzeczy. Broń masz, więc jest ok. - podał mi rękę. - dobrze było z tobą pracować. - wyszedł, zabierając pudełko. Spojrzałam na szefa.
- Przecież nie zginę, nie?
- Jasne.
- Okay. To... do zobaczenia. - podałam mu rękę. - Chyba.. zbyt szybko się nie zobaczymy.
- No tak. Powodzenia, Turner. Pożegnaj się z przyjaciółmi i zmykaj.
- Nie lubię pożegnań.
- Jasne.
Wyszłam, a obok mnie szedł Liam.
- Nie chcesz się z nimi pożegnać?
- Nie. znaczy... nie chodzi o to, że ich nie lubię. Po prostu... nie lubię pożegnań.
- Chcieliby cię zobaczyć, nie wiedzą, że odchodzisz.
- Nie odchodzę na zawsze. - zauważyłam. Liam poprawił koszulkę.
- Mimo wszystko powinnaś się z nimi pożegnać. - powiedział twardo i odszedł w stronę swojej kwatery. Odprowadziłam go spojrzeniem, puki nie zniknął za zakrętem. Weszłam do kwatery 208 i spakowałam potrzebne rzeczy. Wrzuciłam je do bagażnika samochodu. Wnętrze nie wyglądało jakoś specjalnie. A jednak kilka przycisków na radiu służyło zupełnie czemu innemu. Przejrzałam pobieżnie instrukcję i przycisnęłam losowy przycisk. Znad kół z cichym szumem wysunęły się spore wyrzutnie.
- No nieźle. - ucieszyłam się.
- Ida! - wyszłam z samochodu i rozejrzałam się. W moją stronę zmierzali chłopacy. Spojrzałam z wyrzutem na Liama, kiedy Harry wziął mnie w ramiona.
- Powiedziałeś im?! - wkurzyłam się.
- Musiałem.
Wszyscy po kolei mnie wyściskali. Nawet się nie spodziewałam, że potrafią być tacy czuli i delikatni.
- Uważaj na siebie, okay? - szepnął Louis do mojego ucha, kiedy przyszła jego kolej.
- Okay. - odszepnęłam. Chwilę oglądali mój samochód chwaląc umiejętności Bill'a i jego zespołu, po czym pozwolili mi jechać. Ruszyłam w głąb Londynu. Była dopiero 17. Muszę zajechać do mojego mieszkania w centrum, zabrać kilka rzeczy i coś zjeść.
Sierra*
Niechętnie i powoli otworzyłam ciężkie powieki.Kilka razy zamrugałam, nim zdążyłam wszystko ogarnąć w swojej głowie.Czyli to nie jest sen ani bajka.Usiadłam i przeciągnęłam się, prostując kończyny.
- Ah. - mruknęłam uśmiechnięta.Tak chcę się budzić codziennie. - Czas na poranny prysznic. - zrzuciłam kołdrę z nóg.Zabrałam ubrania do łazienki.Potem już był czas relaksu i przyjemności.Ciepła woda spływała po moim ciele jak strumyk.Umyłam włosy szamponem o zapachu jabłka.Mój ulubiony.Po odświeżeniu się ubrałam przygotowane ciuchy.Wysuszyłam długie włosy co też nie trwało pięć minut.
Zbiegłam do kuchni.Przeskoczyłam przez kanapę wchodząc do kuchni, która jest połączona z salonem.
Na mojej twarzy pojawiła się ta sama mina co wczoraj.Moja lodówka pęka w szwach od jedzenia.Czujecie ten sarkazm? Ja tak.Zjadłam pizzę i ugotowałam wodę w czajniku.Muszę się ''nawodnić''.
Zamknęłam kartą swoje mieszkanie i z humorem weszłam do windy.Nacisnęłam złoty guziczek, a drzwi windy zamknęły się.Nuciłam pod nosem melodyjkę, która leciała w głośniku.
- Dzień dobry. - przywitałam się z recepcjonistką, która była w równie dobrym humorze co ja.
- Witam. - uśmiechnęła się i zaczęła coś pisać w jakimś notatniku.
Wyszłam przez obrotowe, szklane drzwi.Piękna pogoda i świergot ptaków na dzień dobry mnie powitały.Jak mała dziewczynka idąca ze szkoły podskakiwałam lekko na palcach.Wstąpiłam do supermarketu, galerii i księgarni.Siatki nie mieściły się w dłoniach, a palce robiły się czerwone od mocnego nacisku jednorazówek.Wysiadłam z autobusu.Przeszłam przez pasy i weszłam do penthous'a.Ledwo co się zmieściłam z zakupami w drzwiach.Takie życie zakupoholiczki.
Z potem na czole szłam w stronę windy.Patrzyłam na swoje trampki.
- Może pomóc? - usłyszałam głos chłopaka.Był to ten sam co pomógł mi z bagażem.
- Nie, dziękuję. - posłałam mu uśmiech.Tak na prawdę potrzebowałam odpoczynku, ale nie chciałam człowieka wykorzystywać.On i tak jeszcze dużo się nachodzi z torbami.Odszedł.Podniosłam siatki i szłam dalej do windy.W między czasie gdy jechałam wyciągnęłam sobie jogurt truskawkowy i połowę pochłonęłam w kilka sekund.Chciałam szybko opuścić windę gdy drzwi się otworzyły, ale potknęłam się o sznurowadło i wpadłam na jakąś panią.Szybko wstałam i zorientowałam się, że to nie jest żadna pani, ale dziewczyna w moim wieku.Wstała ze złym wyrazem twarzy.Nie dziwę się jej.Cały jogurt wylądował na jej bluzce i trochę posklejał włosy.Zaczęłam panikować.
- J-ja przepraszam cię bardzo.Nie chciałam, to przez przyp..
- Spoko, nie tłumacz się. - warknęła nie patrząc na mnie.Próbowała się pozbyć różowej plamy z bluzki.
- Ja zapłacę za bluzkę i ... - gestykulowałam rękami próbując opanować głupią sytuację.
- Za włosy też? - zapytała podnosząc wzrok na mnie. - Co ty tu... - urwała zdziwiona.
- Może chodź do mojego mieszkania.Ja oddam ci za ubranie i, i... i zapomnimy o przykrym wypadku? - zapytałam ciszej bojąc się jej reakcji.Nie wyglądała na kruchą czy słabą dziewczynę, taką jak ja.
- Nie mam teraz czasu. - mówiła bacznie mnie obserwując.Zaczęłam grzebać w siatkach.
- Masz. - podałam jej paczkę chusteczek. - Mieszkasz tu? - spytałam.Kiwnęła głową. - Ja jestem z pod 231, a ty? Jak będziesz miała czas to na pewno ci oddam.
- Ty też tu mieszkasz? - stała zaskoczona. - Myślałam, że ty... - czekałam aż skończy, ale machnęła ręką. - Nie ważne. - bąknęła.Dlaczego wszyscy tak dziwnie na mój widok reagują? Jestem na okładkach gazet czy jak?
- Od wczoraj. - podniosłam zakupy powoli.Dziewczyna podała mi chusteczki. - Zatrzymaj je sobie.
*Ida
Nie spodziewałam się jej tu spotkać. Zupełnie wytrąciła mnie z równowagi. Głupia jestem, przecież mnie nie pamięta. Poszłam do swojego mieszkania numer 208. Dokładnie taki sam, jak mojej kwatery w SSO. Zrzuciłam z siebie ubrania i umyłam się szybko. Włosy potraktowałam suszarką i poszłam znaleźć coś do ubrania. Koszulka jest do niczego. Wrzuciłam ją do pralki. Otworzyłam szafę.
- Nie no, nie wierzę. - Miałam tylko kilka koszulek na ramiączkach i jeansy. Nic, co mogłoby się przydać na test. Udało mi się znaleźć białą koszulkę i ubrałam jasne jeansy. Wyglądałam jak urocza dziewczynka, a nie groźna członkini gangu. Nie zdążę nic kupić. Mam tylko jedno wyjście, nie chcę tego robić, ale cóż. Jaki to był numer? 233? 123? 321? Chyba 231. Z jeszcze trochę mokrymi włosami pobiegłam korytarzem. Zapukałam do odpowiednich drzwi. Miałam tylko godzinę. Otworzyła mi Sierra. Była trochę zdziwiona, ale wpuściła mnie.
- O co chodzi?
- Musisz pożyczyć mi jakieś ciuchy. - powiedziałam po prostu.
- Ee okay. Chodź. - zaprowadziła mnie do garderoby. Ogarnęłam ją spojrzeniem. Nie miała jeszcze zbyt wielu ciuchów. No tak, wczoraj się wprowadziła. Dziewczyna była szczuplejsza ode mnie, a raczej mniej wysportowana.
- Weź, co potrzebujesz. Tylko ee postaraj się nie zniszczyć, okay?
- Jasne. - wyszła, żebym mogła się przebrać. Ubrałam czarną bokserkę, jeansową kurtkę i czarne leginsy. Buty miałam swoje, bo na szczęście ich nie dosięgnął różowy jogurt. Wyszłam. Sierra obrzuciła mnie spojrzeniem.
- Jesteś bardzo ładna. - powiedziała. Zdziwiłam się. Jeszcze nigdy nikt mi tak nie powiedział.
- Ta, dzięki. - podeszłam do niej i podałam rękę. - Jestem Id... Vicky. Vicky Bloom.
- Sierra Carlin. - uśmiechnęła się przyjaźnie. Była zupełnie niepodobna do siebie, kiedy ostatni raz ją widziałam. Pożegnałam się i obiecałam ubrania zwrócić i odebrać swoje, jutro. Pobiegłam do samochodu, z dziwnym przeczuciem, że ktoś mnie obserwuje. Rozejrzałam się. Pod penthousem stała żółtka taxówka. Zawsze w tym samym miejscu. Może po prostu kierowca się na mnie patrzył, jak wychodziłam. Ruszyłam szybko na miejsce. Dojazd powinien zająć mi najwyżej pół godziny. Będę przed czasem. I dobrze.
Na miejscu nie było nikogo. Rozejrzałam się. Widziałam gdzieś na lewo, pomiędzy krzakami światła samochodu. Usłyszałam trzask drzwiczek. Patrzyłam w tamtą stronę. Światła zgasły, ale samochód nie odjechał. Zobaczyłam ciemną postać i zamarłam.
Tego się nie spodziewaliście! :D chyba... ok ok przepraszamy za ty że tak dłuuugo nie było rozdziału, ale no cóż, ferie są, to trzeba korzystać ;d spoko, 4 już się pisze, więc czeekajciee ;)) w między czasie zapraszamy na naszego pierwszego bloga http://allyouneedsislove3.blogspot.com/ POLECAMY ;D Komentujcie, bo to motywuje ;*** ~ Hermi xx
- Nie ma mowy.
- Ale zrozum. To jedyny sposób. Ona najwyraźniej nie zdaje sobie sprawy, że należę do SSO. Nie rozumiesz, że będę mogła wszystko kontrolować? Taki szpieg byłby najlepszy. - McMurfy spojrzał na mnie, kręcąc głową. Liam stał nieco za mną, przysłuchując się wszystkiemu.
- Ida, posłuchaj. - stanął przede mną. Wyglądał bardzo wojowniczo i pewnie. Wyprostowałam się. - To nie jest dobry pomysł. Poradzimy sobie, bez szpiega.
- Nie ufasz mi. Dam sobie radę, jestem silna, nie? - Oparłam dłonie na biodrach.
- Ida.. tak, jesteś silna, ale zrozum...
- Nie. To ty zrozum. Jak możesz być taki obojętny?! Masz szansę zdobyć ważne informacje, a zamiast tego udajesz, że się o mnie martwisz. Co zamierzałeś zrobić? Zapewne, wysłać kogoś innego, prawda? Ale to mnie zaprosiła. Nikt inny nie ma szans tam się dostać. Musisz mi zaufać. - patrzyłam mu głęboko w oczy. Był zły. Widziałam to. Widziałam też, że już wygrałam. Założył ręce z tyłu i odwrócił się ode mnie. Chwilę gapił się na przeciwległą ścianę, po czym przesunął kilka papierów na biurku. Obszedł biurko dookoła i otworzył dużą szufladę kluczem. Chwilę przeglądał kartotekę. Włączył nowoczesny komputer, usiadł i zaczął szybko pisać.
- Przedstawiałaś się?
- Nie jestem głupia. - warknęłam.
Sierra*
Byłam pewna, że nic w moim życiu się nie zmieni.Myślałam, że zawsze będę pod rozkazem rodziców jak jakiś pies na smyczy.Teraz mogę żyć własnym życiem, cieszyć się spokojem i nie zadręczać się upierdliwą mamą ani zapracowanym tatą.Nadal ich kocham.W końcu są to ludzie, którzy mnie ekhem, zrobili, a mówiąc grzeczniej dali mi życie.Nie zawsze było piękne, ale nie chcę o tym teraz myśleć.Włożyłam do dużej szafy ostatnia parę butów.Dodałam kilka ramek ze zdjęciami, poukładałam książki na szafce i zrobiłam porządek w kosmetykach.Nie mam ich zbyt wiele, ale jednak coś jest.
Siedziałam na dużym łóżku patrząc na widok za oknem.Nim się spostrzegłam już było popołudnie.Ile ja czasu spędziłam na rozpakowywaniu?! Zbiegłam do kuchni.Otworzyłam lodówkę.Pusto.
- Aha. - mruknęłam na widok lodówki świecącej pustością. - To może coś zamówię. - sięgnęłam do telefonu wiszącego na ścianie.Wystukałam numer mojej ulubionej pizzeri.Zamówiłam i rozsiadłam się w salonie obok.Położyłam się na kanapie wkładając poduszkę pod głowę.Włączyłam telewizor.Same programy news'owe.Londyn jest pięknym miastem, ale bardzo dużo się tu dzieje.Za każdym razem jak oglądam wiadomości to słyszę tylko o kradzieżach, zbrodniach i innych kłopotach.Mówi się, że świat jest zły, a to przecież ludzie go niszczą.Przez kilkanaście minut oglądałam jakąś bajkę dopóki nie usłyszałam pukania.Otworzyłam drzwi.Tam stał chłopak około dwudziestki w czerwono-żółtej czapce z daszkiem i koszulce polo w podobnych kolorach.W dłoni trzymał pudełko z pizzą.Już czułam jej piękny zapach.
- Dzień dobry. - uśmiechnął się zadziornie. - Zamawiała pani pizzę?
- Tak, dziękuję. - pudełko zabrałam do ręki i podałam mu odpowiednią sumę.
- Do widzenia i smacznego. - lekko uniósł czapkę.
- Cześć. - zniknęłam za drzwiami.
Usiadłam przy kamiennym barku w kuchni.Otworzyłam pudełko.Po całym pomieszczeniu rozniósł się przyjemny zapach.Położyłam na talerz dwa kawałki pizzy, a resztę schowałam.Muszę coś rano zjeść.Wyszłam na balkon, położyłam moja kolację na stoliku.Pobiegłam jeszcze szybko do pokoju po aparat.Zrobiłam zdjęcie mojej pierwszej przekąski w nowym domu i kilka fotek Londynu.Kocham robić zdjęcia.To moje hobby!
Położyłam się w łóżku i przykryłam kołdrą.Patrzyłam na sufit.W mojej głowie odbywała się walka myśli.Przez to nie potrafiłam zasnąć.Ostatnie wydarzenie nie dawało mi ciągle spokoju.Może najadłam się wtedy za dużo słodyczy i mi odwalało? Ubrałam sukienkę, nie wiadomo jak poobdzierałam sobie nogi w ogrodzie i obudziłam się w swoim pokoju.Okey to mało prawdopodobne, ale załóżmy że tak właśnie się stało.Chcę w spokoju zasnąć i się obudzić.Jutro czekają mnie duże zakupy.
*Ida
Staliśmy w ciszy, przerywanej tylko szybkim stukaniem w klawiaturę, cichym pikaniem alarmów i szumów wielu ekranów, przekazujących obraz z całego ośrodka i kilka ulic Londynu. Liam podszedł do mnie i uścisnął moją rękę.
- Jesteś pewna? To niebezpieczne.
- Kiedy mnie tutaj przyprowadzili nikt się nie martwił, że będzie niebezpiecznie. Po to się urodziłam. To jest moje przeznaczenie, Liam. - muszę być twarda. Nie mogę okazywać żadnych uczuć, zupełnie nic. Odkaszlnęłam. McMurfy skończył pisać. Drukarka wyprodukowała dwie zapisane kartki. Wziął je i podał mi.
- Nauczysz się tego na pamięć. - spojrzałam na tekst.
- Co to niby jest?
- Twoja przeszłość. - wyjaśnił. Drzwi się otworzyły i wszedł młody chłopak, Bill, z którym spędzałam sporo czasu, kiedy byłam młodsza.
- Cześć Billy. - przywitałam się. Spojrzał na mnie z szacunkiem.
- Witaj. - podał McMurfy'emu dokumenty, skinął nam głową i wyszedł. Szef przejrzał papiery i podał mi je.
- A to twoja nowa tożsamość. - otworzyłam teczkę i zobaczyłam dowód osobisty z moim nowym imieniem i nazwiskiem.
- Vicky Bloom. Data urodzenia, 20 maja, lat 20. O i nowe prawko, dzięki. - Przejrzałam kolejne papiery. - Poważnie? Vicky Bloom, włosy: ciemne, oczy: szare, karnacja: ciemna, znaki szczególne: brak. Po co mi te akta?
- Mogą się przydać. - McMurfy wzruszył ramionami. - Przygotuj się na dzisiaj. Nie wiadomo co to za test, ale na pewno sobie poradzisz. Pamiętaj, żeby nic nie zobaczyli. Bill przyniesie zaraz kilka przydatnych gadżetów. Ida... uważaj na siebie, okay?
- Okay. - nie martwił by się tak, gdybym nie była jego jedyną rodziną. Wszedł Bill z małym pudełkiem.
- Ulepszyłem twój samochód. - powiedział. - Tu masz instrukcję, co do czego służy.
- Czekaj, czekaj. Masz dostęp do mojego samochodu?!
- Jasne. - powiedział, jakby to było oczywiste. - Zegarek przyda ci się najbardziej.
- Mam zegarek.
- Możesz go wyrzucić. - powiedział.
- Jest dla mnie ważny. - zegarek to jedyne, co mi zostało po rodzicach. Dał mi go tata kiedy miałam 4 lata.
- Na razie go zdejmij. - założył mi nowy zegarek na rękę. Był czarny, wyglądał zwyczajnie, jak drogi zegarek. - Ten przycisk zamienia ekran w kompas, ten włącza laser, ten wytwarza proszek, do wykrycia alarmów laserowych, ten otwiera mechanizm. W środku jest ukrytych kilka mikrobotów. Możesz nimi dowolnie sterować tym. - podał mi smartfon. - Będzie ci służył też do komunikacji z nami. Każdy mikrobot ma inny numerek. Szybko zrozumiesz, jak się tym steruje. Na razie tego nie rób, bo akumulatory wystarczają max na dwa dni. Mikroboty mają wbudowane kamery i mikrofony. Jeżeli będziesz potrzebować pomocy, rozbij szkiełko zegarka. Możesz go użyć tylko w ostateczności, bo potem zegarek będzie do wyrzucenia. Po rozbiciu szkiełka zegarek będzie nadawał sygnał przez godzinę do dowództwa, a potem dokona autodestrukcji, więc trzymaj się co najmniej 5 metrów od niego.
- To wszystko? - westchnęłam, bo zaczynało mi się mylić. Dobrze, że mam tą instrukcję.
- Tak. W samochodzie masz resztę potrzebnych rzeczy. Broń masz, więc jest ok. - podał mi rękę. - dobrze było z tobą pracować. - wyszedł, zabierając pudełko. Spojrzałam na szefa.
- Przecież nie zginę, nie?
- Jasne.
- Okay. To... do zobaczenia. - podałam mu rękę. - Chyba.. zbyt szybko się nie zobaczymy.
- No tak. Powodzenia, Turner. Pożegnaj się z przyjaciółmi i zmykaj.
- Nie lubię pożegnań.
- Jasne.
Wyszłam, a obok mnie szedł Liam.
- Nie chcesz się z nimi pożegnać?
- Nie. znaczy... nie chodzi o to, że ich nie lubię. Po prostu... nie lubię pożegnań.
- Chcieliby cię zobaczyć, nie wiedzą, że odchodzisz.
- Nie odchodzę na zawsze. - zauważyłam. Liam poprawił koszulkę.
- Mimo wszystko powinnaś się z nimi pożegnać. - powiedział twardo i odszedł w stronę swojej kwatery. Odprowadziłam go spojrzeniem, puki nie zniknął za zakrętem. Weszłam do kwatery 208 i spakowałam potrzebne rzeczy. Wrzuciłam je do bagażnika samochodu. Wnętrze nie wyglądało jakoś specjalnie. A jednak kilka przycisków na radiu służyło zupełnie czemu innemu. Przejrzałam pobieżnie instrukcję i przycisnęłam losowy przycisk. Znad kół z cichym szumem wysunęły się spore wyrzutnie.
- No nieźle. - ucieszyłam się.
- Ida! - wyszłam z samochodu i rozejrzałam się. W moją stronę zmierzali chłopacy. Spojrzałam z wyrzutem na Liama, kiedy Harry wziął mnie w ramiona.
- Powiedziałeś im?! - wkurzyłam się.
- Musiałem.
Wszyscy po kolei mnie wyściskali. Nawet się nie spodziewałam, że potrafią być tacy czuli i delikatni.
- Uważaj na siebie, okay? - szepnął Louis do mojego ucha, kiedy przyszła jego kolej.
- Okay. - odszepnęłam. Chwilę oglądali mój samochód chwaląc umiejętności Bill'a i jego zespołu, po czym pozwolili mi jechać. Ruszyłam w głąb Londynu. Była dopiero 17. Muszę zajechać do mojego mieszkania w centrum, zabrać kilka rzeczy i coś zjeść.
Sierra*
Niechętnie i powoli otworzyłam ciężkie powieki.Kilka razy zamrugałam, nim zdążyłam wszystko ogarnąć w swojej głowie.Czyli to nie jest sen ani bajka.Usiadłam i przeciągnęłam się, prostując kończyny.
- Ah. - mruknęłam uśmiechnięta.Tak chcę się budzić codziennie. - Czas na poranny prysznic. - zrzuciłam kołdrę z nóg.Zabrałam ubrania do łazienki.Potem już był czas relaksu i przyjemności.Ciepła woda spływała po moim ciele jak strumyk.Umyłam włosy szamponem o zapachu jabłka.Mój ulubiony.Po odświeżeniu się ubrałam przygotowane ciuchy.Wysuszyłam długie włosy co też nie trwało pięć minut.
Zbiegłam do kuchni.Przeskoczyłam przez kanapę wchodząc do kuchni, która jest połączona z salonem.
Na mojej twarzy pojawiła się ta sama mina co wczoraj.Moja lodówka pęka w szwach od jedzenia.Czujecie ten sarkazm? Ja tak.Zjadłam pizzę i ugotowałam wodę w czajniku.Muszę się ''nawodnić''.
Zamknęłam kartą swoje mieszkanie i z humorem weszłam do windy.Nacisnęłam złoty guziczek, a drzwi windy zamknęły się.Nuciłam pod nosem melodyjkę, która leciała w głośniku.
- Dzień dobry. - przywitałam się z recepcjonistką, która była w równie dobrym humorze co ja.
- Witam. - uśmiechnęła się i zaczęła coś pisać w jakimś notatniku.
Wyszłam przez obrotowe, szklane drzwi.Piękna pogoda i świergot ptaków na dzień dobry mnie powitały.Jak mała dziewczynka idąca ze szkoły podskakiwałam lekko na palcach.Wstąpiłam do supermarketu, galerii i księgarni.Siatki nie mieściły się w dłoniach, a palce robiły się czerwone od mocnego nacisku jednorazówek.Wysiadłam z autobusu.Przeszłam przez pasy i weszłam do penthous'a.Ledwo co się zmieściłam z zakupami w drzwiach.Takie życie zakupoholiczki.
Z potem na czole szłam w stronę windy.Patrzyłam na swoje trampki.
- Może pomóc? - usłyszałam głos chłopaka.Był to ten sam co pomógł mi z bagażem.
- Nie, dziękuję. - posłałam mu uśmiech.Tak na prawdę potrzebowałam odpoczynku, ale nie chciałam człowieka wykorzystywać.On i tak jeszcze dużo się nachodzi z torbami.Odszedł.Podniosłam siatki i szłam dalej do windy.W między czasie gdy jechałam wyciągnęłam sobie jogurt truskawkowy i połowę pochłonęłam w kilka sekund.Chciałam szybko opuścić windę gdy drzwi się otworzyły, ale potknęłam się o sznurowadło i wpadłam na jakąś panią.Szybko wstałam i zorientowałam się, że to nie jest żadna pani, ale dziewczyna w moim wieku.Wstała ze złym wyrazem twarzy.Nie dziwę się jej.Cały jogurt wylądował na jej bluzce i trochę posklejał włosy.Zaczęłam panikować.
- J-ja przepraszam cię bardzo.Nie chciałam, to przez przyp..
- Spoko, nie tłumacz się. - warknęła nie patrząc na mnie.Próbowała się pozbyć różowej plamy z bluzki.
- Ja zapłacę za bluzkę i ... - gestykulowałam rękami próbując opanować głupią sytuację.
- Za włosy też? - zapytała podnosząc wzrok na mnie. - Co ty tu... - urwała zdziwiona.
- Może chodź do mojego mieszkania.Ja oddam ci za ubranie i, i... i zapomnimy o przykrym wypadku? - zapytałam ciszej bojąc się jej reakcji.Nie wyglądała na kruchą czy słabą dziewczynę, taką jak ja.
- Nie mam teraz czasu. - mówiła bacznie mnie obserwując.Zaczęłam grzebać w siatkach.
- Masz. - podałam jej paczkę chusteczek. - Mieszkasz tu? - spytałam.Kiwnęła głową. - Ja jestem z pod 231, a ty? Jak będziesz miała czas to na pewno ci oddam.
- Ty też tu mieszkasz? - stała zaskoczona. - Myślałam, że ty... - czekałam aż skończy, ale machnęła ręką. - Nie ważne. - bąknęła.Dlaczego wszyscy tak dziwnie na mój widok reagują? Jestem na okładkach gazet czy jak?
- Od wczoraj. - podniosłam zakupy powoli.Dziewczyna podała mi chusteczki. - Zatrzymaj je sobie.
*Ida
Nie spodziewałam się jej tu spotkać. Zupełnie wytrąciła mnie z równowagi. Głupia jestem, przecież mnie nie pamięta. Poszłam do swojego mieszkania numer 208. Dokładnie taki sam, jak mojej kwatery w SSO. Zrzuciłam z siebie ubrania i umyłam się szybko. Włosy potraktowałam suszarką i poszłam znaleźć coś do ubrania. Koszulka jest do niczego. Wrzuciłam ją do pralki. Otworzyłam szafę.
- Nie no, nie wierzę. - Miałam tylko kilka koszulek na ramiączkach i jeansy. Nic, co mogłoby się przydać na test. Udało mi się znaleźć białą koszulkę i ubrałam jasne jeansy. Wyglądałam jak urocza dziewczynka, a nie groźna członkini gangu. Nie zdążę nic kupić. Mam tylko jedno wyjście, nie chcę tego robić, ale cóż. Jaki to był numer? 233? 123? 321? Chyba 231. Z jeszcze trochę mokrymi włosami pobiegłam korytarzem. Zapukałam do odpowiednich drzwi. Miałam tylko godzinę. Otworzyła mi Sierra. Była trochę zdziwiona, ale wpuściła mnie.
- O co chodzi?
- Musisz pożyczyć mi jakieś ciuchy. - powiedziałam po prostu.
- Ee okay. Chodź. - zaprowadziła mnie do garderoby. Ogarnęłam ją spojrzeniem. Nie miała jeszcze zbyt wielu ciuchów. No tak, wczoraj się wprowadziła. Dziewczyna była szczuplejsza ode mnie, a raczej mniej wysportowana.
- Weź, co potrzebujesz. Tylko ee postaraj się nie zniszczyć, okay?
- Jasne. - wyszła, żebym mogła się przebrać. Ubrałam czarną bokserkę, jeansową kurtkę i czarne leginsy. Buty miałam swoje, bo na szczęście ich nie dosięgnął różowy jogurt. Wyszłam. Sierra obrzuciła mnie spojrzeniem.
- Jesteś bardzo ładna. - powiedziała. Zdziwiłam się. Jeszcze nigdy nikt mi tak nie powiedział.
- Ta, dzięki. - podeszłam do niej i podałam rękę. - Jestem Id... Vicky. Vicky Bloom.
- Sierra Carlin. - uśmiechnęła się przyjaźnie. Była zupełnie niepodobna do siebie, kiedy ostatni raz ją widziałam. Pożegnałam się i obiecałam ubrania zwrócić i odebrać swoje, jutro. Pobiegłam do samochodu, z dziwnym przeczuciem, że ktoś mnie obserwuje. Rozejrzałam się. Pod penthousem stała żółtka taxówka. Zawsze w tym samym miejscu. Może po prostu kierowca się na mnie patrzył, jak wychodziłam. Ruszyłam szybko na miejsce. Dojazd powinien zająć mi najwyżej pół godziny. Będę przed czasem. I dobrze.
Na miejscu nie było nikogo. Rozejrzałam się. Widziałam gdzieś na lewo, pomiędzy krzakami światła samochodu. Usłyszałam trzask drzwiczek. Patrzyłam w tamtą stronę. Światła zgasły, ale samochód nie odjechał. Zobaczyłam ciemną postać i zamarłam.
Tego się nie spodziewaliście! :D chyba... ok ok przepraszamy za ty że tak dłuuugo nie było rozdziału, ale no cóż, ferie są, to trzeba korzystać ;d spoko, 4 już się pisze, więc czeekajciee ;)) w między czasie zapraszamy na naszego pierwszego bloga http://allyouneedsislove3.blogspot.com/ POLECAMY ;D Komentujcie, bo to motywuje ;*** ~ Hermi xx
sobota, 24 stycznia 2015
Chapter 2
*Ida
Sterczeliśmy u McMurfy'ego, a ta głupia dziewczyna udawała twardą. Wkurza mnie. Najlepiej, żebyśmy wyczyścili jej tą pamięć i wypuścili, bo doprowadza mnie do szału. Chyba nie chce mieć problemów?
- Powiedz, co widziałaś? - odezwał się McMurfy. Po co mu te informacje? Mamy o wiele ciekawsze zajęcia, niż przesłuchiwanie tej dziewczyny.
- Nic.
- Coś widziałaś. Powiedz mi o tym.
- Wypuście mnie. - czy ona nie rozumie? Im prędzej tym lepiej. Wyciągną jakieś stare sprawy jej rodziców i będzie miała problemy. Zerwałam się i ruszyłam do wyjścia.
- Ida?
- Spadam stąd. Nie mogę jej dłużej słuchać. - warknęłam i wyszłam, nie trzaskając drzwiami, żeby nie wyjść na obrażalską nastolatkę. Poszłam do swojej kwatery i usiadłam na łóżku, biorąc do ręki telefon. Włączyłam muzykę i poszłam do łazienki.
Oparłam się o umywalkę i spojrzałam w lustro. Nigdy nie lubiłam swojego odbicia. Wydawało mi się takie zimne, straszne. Jak byłam mała tata mówił mi, że jestem piękna. Uśmiechałam się wtedy i mówiłam, że on też jest piękny. Kolejne wspomnienie, które należy zamazać. Po co gromadzić w sobie głupie uczucia? Odwróciłam się gwałtownie, wyłączyłam światło i położyłam się na łóżku, podłączając słuchawki do telefonu.
*Sierra
- Tylko to, że ten palant - wskazałam palcem na Mulata. - I jeszcze jeden... kopali jakiegoś kolesia. - wytłumaczyłam bo miałam już wszystkiego dość.Miałam ochotę spać.
- Coś jeszcze? Coś się tam stało? - dopytywał.
- E-y...oprócz tego, że on zaczął mnie gonić i szarpać to tak coś się jeszcze stało. - skrzyżowałam ręce.Czekał aż skończę. - Nazwał mnie dziwką ten idiota. - pokazał mi język co odwzajemniłam.Bardzo sympatyczny koleś.Czarnoskóry zmroził wzrokiem tego e...jak mu to Zayn'a?
- I co Liam? Znalazłeś Sierrę Dowson? - mada fucka.Co za chorzy ludzie!
- No jest tu jakaś jedna, ale nie podobna do tej. - chłopak odwrócił monitor w jego stronę.Mężczyzna parsknął śmiechem.Patrzyłam na niego zdziwiona i zmieszana.
- No rzeczywiście... - mruknął i spoważniał. - To jak się nazywasz? Bo cię zaczniemy torturować. - wytrzeszczyłam oczy.Nie ma prawa! Nie jestem zwierzęciem, a tylko psychopaci tacy są!
- Japierdziele... - bąknęłam pod nosem. - Clarie...Sierra Clarie. - wydukałam.Chłopak zaczął cykać na klawiaturze i szukał czegoś wzrokiem.
- Jest.To na pewno ona. - czarny zaczął patrzeć to na mnie to na monitor.
- Ładniutka. - szepnął.Chyba myślał, że tego nie usłyszę.Sorry gościu, ale wole być singielką. - Co teraz robicie? - zapytał chłopaków.Wzruszyli ramionami. - To wy zrobicie to co wam teraz każę i po sprawie. - podszedł do nich i coś szeptał.W towarzystwie? Zero kultury.Podszedł do mnie chłopak z lokami.Hmm...nawet fajny gdyby nie był kryminalistą.
- Pójdziesz teraz ze mną. - wskazał na drzwi.A co jeżeli mnie zgwałci?! Lekko mnie popchnął.Szłam w ciszy, a on dreptał za mną.Czułam się jak więzień prowadzony do celi. - To tutaj. - otworzył drewniane drzwi i wpuścił mnie.Był to zwykły pokój.Łóżko stało na środku obok stały dwie nocne szafki.Jakieś szafki z książkami i okna z ciemnymi zasłonami.Pewnie nie chcą by ktokolwiek zobaczył co tu robią z ludźmi.Spojrzałam na chłopaka. - Siadaj. - rozkazał.Też milutki.Jeszcze zaledwie dwadzieścia minut temu uśmiechał się do mnie.Dziwny człowiek.Posadziłam swój tyłek na miękkim łóżku z baldachimem.Wyciągnął z barku szklankę.Nalał do niej wody i wrzucił jakąś białą pigułkę.Że co do cholery? Podszedł i podał szklankę.Patrzyłam na niego wystraszona.
- Wypij... nie bój się to nie będzie bolało. - kiedy to on powiedział poczułam się em... dziwnie? Po prostu mam skojarzenia i to mnie wkurza.Szybko wypiłam zawartość szklanki razem z pigułką.No i nawet dobrze...zapomnę o tym wszystkim i znów zacznę żyć tak jak wcześniej.
- Co ze mną zrobicie? - zapytałam lekko kiwając się na boki.Chłopak usiadł obok mnie.
- Odwiozę cię do domu. - i co? tyle? Fajnie.Miałam mroczki przed oczami i wszystko kręciło się dookoła.Czy ja jestem w jakiejś krainie czarów? Ha! Sierra w krainie czarów.
- Sierra, a twó... - upuściłam szklankę, która się rozbiła po czym sama runęłam na podłogę tracąc przytomność.
***
Bardzo powoli podniosłam jedną powiekę.Od razu przywitało mnie światło słoneczne.Potem otworzyłam drugie oko.Przeciągnęłam się i głośno ziewnęłam.Byłam taka wypoczęta.Jakbym spała ze sto lat.Leniwie wstałam z łóżka i powędrowałam do łazienki.
- Co dzisiaj jest? Środa czy czwartek? - mruczałam do samej siebie.Przeglądnęłam się w lustrze.Roztrzepotane włosy na wszystkie strony, trochę rozmazany makijaż i zmasakrowana sukienka.Co ja wczoraj robiłam?! Nic nie pamiętam.Po co ubierałam tą sukienkę i dlaczego wyglądam jak jakiś potwór?! Byłam wystraszona.
- Niemożliwe. - szeptałam.Byłam oszołomiona, a moje myśli gubiły się.Czy to jakiś głupi żart?
Wzięłam szybką kąpiel i przebrałam się.Luźna biało-czarna koszula, szmaciane czarne legginsy, okulary aviatory i czarne vansy z elementami panterki.Luźno, ale stylowo.Gdy ogarniałam swoją twarz myślałam bez przerwy co się ze mną działo.Dlaczego nic nie pamiętam z wczoraj? Byłam z mamą w centrum handlowym i pokłóciłyśmy się.Tylko to utkwiło mi w pamięci.Może rodzice coś wiedzą.Zbiegłam na dół.
- Mamo! Tato! - wołałam, ale odpowiadała mi tylko cisza.Powinni być w domu.Czy ja o czymś nie wiem? Zapewne tak.Zanim otworzyłam lodówkę zobaczyłam przylepioną żółtą karteczkę.Zerwałam ją i przeczytałam.
- Sierra, pojechałam z tatą do Oxfordu.Przyjedziemy 12 lipca. - przeczytałam na głos po czym zerknęłam na kalendarz.Dziś jest 12. Po co jechali na jeden dzień do Oxfordu? - Nie mogła napisać ''przyjedziemy jutro''? - nie rozumiem jej ogarniania świata.Tylko ubrania, buty, fryzjer i spa w jej głowie.Ponownie zajrzałam do lodówki.Nic oprócz mleka, ketchupu i jajek.Trzeba zrobić porządne zakupy.Zabrałam klucze do auta, portfel i telefon.W przedpokoju założyłam jeszcze fullcapa na głowę tyłem na przód, zamknęłam dom i pojechałam do supermarketu.
***
Wrzucałam różne produkty do wózka.Trochę było tego.Rozpędziłam się, wskoczyłam na metalowa rurkę i jechałam przez cały sklep do działu ze słodyczami i chrupkami.Mam na ich punkcie bzika! Wózek był dosłownie zapełniony od żelek, cukierków, chipsów i popcornu.Na sam widok tych pyszności ślina mi ciekła.Kolejka nie była zbyt długa.Stała przede mną jakaś kobieta z śliczną córeczką i jakiś blondyn.Nie wyglądał na potulnego baranka.Spojrzał na mnie i jakby się przestraszył.Zdziwiłam się.Wyglądam aż tak źle? Zmarszczyłam czoło i podparłam się łokciami na uchwycie wózka.
- A tobie co? - zapytałam całkiem spokojnie.Kilka razy zamrugał rzęsami i pokiwał głową.
- Nic, nic...chyba cię skądś kojarzę... - uśmiechnął się lekko.Jestem sławna?
- W to wątpię...całymi dniami siedzę w domu. - odparłam bawiąc się bransoletkami.
- Serio? To dlaczego ostatnio byłaś na imp... - zamilkł i nabrał dużo powietrza do płuc.Dziwny koleś. - A wiesz...musiałem cię chyba z kimś pomylić. - jego jasno różowe usta ułożyły się w mało przekonujący uśmieszek.
- Taa, chyba tak. - obrzuciłam go przelotnym spojrzeniem i wzięłam się za rozkładanie żarcia na tą taśmę, która porywa moje jedzonko do skanowania.Tajemniczy chłopak zapłacił za kilka paczek żelek misiów.
- Smacznego. - powiedział w moją stronę odchodzą.
- Dzięki - mruknęłam.
Ida*
- Rusz się. Jesteś żałosna. Każdy zrobiłby to lepiej! Postaraj się trochę! - Izzy stała nade mną od trzech godzin i krzyczała na mnie, kiedy podnosiłam ciężary w ogromnej siłowni. Izzy była główną trenerką. Uwielbiała się znęcać nad każdym, szczególnie nade mną. Byłam spocona, zgrzana, a w głowie od kilku dni siedziała mi głupia dziewczyna.
- Skup się! Jesteś jeszcze gorsza niż ostatnio. Czy to w ogóle można nazwać treningiem?! Zejdź mi z oczu! - rzuciła bidonem na ziemię i odeszła do innych osób w głębi pomieszczenia. Ostatkiem sił odłożyłam sztangi na podstawki i usiadłam.
- Okay? - Louis, w szarym spoconym podkoszulku stał w miejscu, w którym przed chwilą była Izzy. Obrzuciłam go pogardliwym spojrzeniem.
- Spadaj, nie mam nastroju na sprzeczki. - Potrząsnęłam głową i wstałam.
- Jasne. Chciałem tylko sprawdzić, czy wszystko w porządku. Izzy ma ostatnio jakieś problemy z mafią. Nie obwiniaj jej o to, okay? - Potarł czoło dłonią i upił kilka łyków ze swojego bidonu. Podniosłam wzrok. Nie pamiętam kiedy ostatnio powiedział do mnie coś nieobraźliwego. Nie miałam jednak ochoty na przejmowanie się tym.
- Dobra. - wzięłam ręcznik i skierowałam się do szatni, a z niej do pryszniców. Włączyłam gorącą wodę. niemal krzyknęłam, ale tego mi właśnie było trzeba. Rokoszowałam się gorącymi kroplami. Oparłam czoło o zimne kafelki i oddychałam głęboko. Po pół godzinie wytarłam się, ubrałam i powlokłam do mojej kwatery numer 208. Była 10 w nocy, ale położyłam się do łóżka i od razu zasnęłam, gdy tylko przyłożyłam głowę do poduszki.
Harry*
Razem z Zaynem i Louisem udałem się na salę treningową.Musimy trochę poćwiczyć przed kolejnymi misjami.Teraz na głowie mamy jeden z groźniejszych gangów Londynu.Trzeba się ich pozbyć zanim niewinni ludzie zostaną znowu zaatakowani, obrabowani czy zamordowani.Trochę czuję się jak jakiś tajemniczy super bohater, który ratuje innych z opresji.Wiem to głupie, ale fajne.Uderzałem w worek treningowy.Robiłem to z coraz większą złością.Nie liczyło się nic oprócz moich pięści i worka.Gdy walę w worek wyobrażam sobie kogoś kogo tak bardzo nienawidzę.Kogoś kto zabrał mi członka rodziny.Kogoś kto jest oszustem i zależy mu tylko na forsie.Nie czułem bólu, a wręcz przeciwnie.To była sama przyjemność.Gdybym mógł go teraz dorwać i zrobić coś strasznego.Polałaby się krew, ale nie z mojego nosa.Czułem jak ciepłe krople potu spływają po moim czole.
- Ej, stary! - od mojej pracy odciągnął mnie Louis.moja klatka unosiła się i opadała bardzo szybko. - Mamy tylko trenować nie rozwalać worki. - tłumaczył, a patrzył na mnie jak na chorego psychicznie.Przeczesałem palcami włosy i zamknąłem na chwilę oczy.
- Carlin. - szepnąłem cicho sam do siebie.Kiedyś dostanie za swoje.
Po treningu udałem się do swojej kwatery.Ściągnąłem mokrą koszulkę i rzuciłem ją na łóżko.Bez zatrzymywania wszedłem do łazienki, rozebrałem się i wziąłem długi, ciepły prysznic.Tego mi było trzeba.Odpoczynku od stresu.Gdy odświeżyłem się wysuszyłem włosy i poukładałem je.Trzeba jakoś wyglądać.Tyle tu fajnych pań, ale i tak jestem zajęty.Ubrałem się ,zamknąłem kwaterę wpisując kod i i powędrowałem w kierunku kwatery Sary.Kilka razy zapukałem.Moja piękna zaraz otworzyła i porwała mnie.Tylko nie próbujcie myśleć, że znów się z nią przespałem.Powiedziałem znów? Tak, pieprzyliśmy się i to nie raz, ale czasem po prostu na to nie mam siły.
Leżałem na łóżku, a dziewczyna siedziała na mnie i bawiła się moimi loczkami.Co chwilę cmoknąłem ją w usta.Od jakiegoś czasu, dłuższego czasu jest inna.Nie rozmawiamy już tak szczerze ze sobą, nie mówi mi często, że mnie kocha i to mnie martwi.Bo mi na niej zależy i nie chcę jej stracić.Kocham ją.Odgarnąłem jej kosmyk włosów za ucho i pogładziłem po policzku.
- Jesteś moja. - szepnąłem jej na ucho po czym zacząłem składać pojedyncze pocałunki na szyi.Odsunęła się.Zdziwiło mnie to.Zawsze była chętna do naszych zabaw.
- Harry, nie dziś. - zniknęła za drzwiami łazienki.
*Ida
Zaraz po obudzeniu udałam się do wyjścia. Tak po prostu. Przysunęłam kartę identyfikacyjną do małego ekranu LCD. Urządzenie piknęło, a metalowe drzwi odtworzyły się cicho, szumiąc amortyzatorami. Znalazłam się w małym, ale gęstym lasku. Przeszłam kilka metrów i dotarłam do drogi, prowadzącej do przed mieści Londynu. Nad drzewami widziałam poświatę miasta. Niebo było jeszcze ciemne. Przeszłam przez drogę, aż dotarłam do bunkrów, gdzie wchodziło się na podziemny parking. Dotarłam do mojego auta i pojechałam podziemną drogą do Londynu. Dotarłam do metalowych drzwi, wielkości drzwi garażowych. włączyłam przycisk w samochodzie, a drzwi rozsunęły się na boki. Wjechałam samochodem na podziemny parking dużej galerii handlowej. Zaparkowałam, jak gdyby nigdy nic. Wysiadłam i ruszyłam na zakupy. Kupiłam sobie czarne legginsy, dwie pary jeansów, jedne ciemne, drugie jasne i jeansową kurtkę. W kawiarni zamówiłam kremową late i obserwowałam śpieszących się nie wiadomo gdzie ludzi. Kiedy wypiłam pozbierałam torby i ruszyłam w stronę parkingu. Podeszłam do windy i wcisnęłam przycisk. Zanim otworzyły się drzwi, z boku wpadła na mnie jakaś kobieta. Spojrzałam na nią. Miała czarne spodnie z mnóstwem niczemu nie służących pasków, czarną, luźną bokserkę i krótką, jeansową kurtkę, buty były czarne, wysokie, na grubym obcasie.
- Uważaj - warknęłam.
- Co tak ostro? - zapytała, wciskając przycisk. Winda ruszyła w dół. Wzruszyłam ramionami. Przyjrzała mi się. - Trenujesz?
- Ta. - założyłam ramię na ramię i oparłam się o ścianę windy.
- Jestem Tetris. - przedstawiła się. Nie mogłam się powstrzymać i parsknęłam śmiechem. Uniosła brew.
- Tetris? Jak taka gra? Tetris. - uśmiechnęłam się pokpiewająco. Przeszyła mnie zimnym wzrokiem.
- Tetris Washain. Należę do Gangu Scorp. - przeszedł mnie dreszcz. Najniebezpieczniejszy gang w Londynie. Spojrzałam na nią z ukosa. Nie mogę dać po sobie poznać, że wiem o co chodzi.
- Scorp?
- To skrót od Gangu Scorpiona. - wyjaśniła, jakbym była jakąś idiotką.
- A, no tak mogłam się domyślić.
Nadal stała i patrzyła na mnie uważnie. Przyglądała się moim ramionom, trzymającym ciężkie zakupy. Miałam zwykłą koszulkę na ramiączkach, było widać mięśnie.
- Trenujesz? - zapytała znów.
- Eee taa amatorsko. - odpowiedziałam wymijająco.
- Nie sądzę. Po co trenujesz? - patrzyła na mnie dziwnym wzrokiem, jakby mnie skądś znała.
- To się przydaje. - odparłam obojętnie.
- Oczywiście, że się przydaje. Nadajesz się do gangu. Najlepszego w Londynie. - powiedziała. Uniosłam brwi.
- Ja? Do gangu? - moje szare komórki pracowały na najwyższych obrotach. Gdybym należała do Gangu Scorp mogłabym go załatwić od środka. Przemycać ważne informacje, a potem zdusić w zarodku. Uśmiechnęłam się.
- Myślę, że to jest to co chciałabym robić. Gdzie mam się zgłosić? - zapytałam. Roześmiała się.
- Najpierw musimy sprawdzić, czy się nadajesz. Jutro o siódmej wieczorem przyjedź na stary parking na OldRoad obok nieczynnych magazynów. - typowe miejsce dla takich idiotów. Pokiwałam głową.
- Dziękuję. Będę na pewno.
Podała mi rękę, kiwnęła głową i oddaliła się. Ruszyłam do swojego samochodu. Rzuciłam zakupy na siedzenie obok i wróciłam do domu. Nie wiem, jak inaczej to nazwać. Kwatera 208 była niewielka, ale przytulna. Spory pokoik z łazienką to wszystko czego mi trzeba. Zadomowiłam się. Czuję się tak zupełnie jak w domu. Nie myślcie sobie, że SSO to jedyne moje miejsce zamieszkania. Mam mieszkanie w centrum Londynu, ale rzadko z niego korzystam. Wolę siedzieć tutaj i ćwiczyć na siłowni, by nie wypaść z formy. Trafiłam na tajny parking, zostawiłam auto i wróciłam poprzednią drogą do swojej kwatery. Gang Scorp. Chyba powinnam poinformować dowództwo. Mogli by się wkurzyć, gdybym nic nie powiedziała. Mogliby też uznać to za zdradę. Za zdradę drogo się płaci. Nie chcecie wiedzieć co zrobili z ostatnim facetem, przez którego wyciekły cenne informacje. Było to dwa lata temu. Od tego czasu nikt nie odważył się powiedzieć cokolwiek. Nie mam zamiaru popełniać tego samego błędu, co wszyscy główni bohaterowie różnych książek, którzy muszą podjąć taką decyzję. Nie będę działać na własną rękę, ani nie będę uważać, że sama sobie poradzę i że pewnie to ich nie obchodzi. Jutro rano wszystko powiem McMurfy'emu, a tymczasem położę się spać.
Sierra*
WŁĄCZ
Przygotowałam sobie pysznego kurczaka z sałatką.Rozsiadłam się w salonie i włączyłam telewizor.Jadłam i próbowałam się skupić na jakimś romansidle.Jednak moje plączące myśli nie dawały mi spokoju.Co się ze mną działo? Człowiek nie pstryknie palcami i od tak o wszystkim zapomina.To jest podejrzane.Zjadłam pyszne danie i wróciłam do swojego pokoju.Wyciągnęłam spod poduszki swój pamiętnik.Ściągnęłam z szyi mały, złoty kluczyk, który wisiał na łańcuszku.Otworzyłam kłódkę i zaczęłam kartkować magiczną książkę, która zawiera tyle prawdy o mnie i moim życiu.Nie jest to zwykły zeszyt.Nie zaczynam od słów Drogi pamiętniku..., ani nie piszę o tym jak to dziś ubrałam się do szkoły i że jakiś nieznajomy chłopak na mnie spojrzał i ojejku! Jestem cała w skowronkach!
Ten pamiętnik zawiera dosyć wiele mojego bólu jak i szczęścia.Niektóre kartki mają nawet ślady po moich łzach.Tak dużo razy się płakało nad tym zeszytem i pewnie nadal tak będzie.Gryzłam końcówkę od długopisu.Narysowałam małą samotną jaskółkę siedzącą na gałęzi.Czasem porównuję się do niektórych zwierząt.Dzisiaj jestem ptakiem, a jutro może będę leniwcem.Będę leżeć w łóżku, żreć chrupki, słuchać smutnej muzyki i pocieszać się tym, że inni mają gorzej i też przechodzą w swoim życiu piekło.To głupie i chamskie, ale pomaga.Jestem jak ptak.Chcę wzlatywać wyżej i wyżej, ale i tak moje gniazdo jest na ziemi.Zniszczone, brudne i zepsute gniazdo.Śnię, że latam samotnie pośród chmur.Cieszę się spokojem, powietrzem i zachodzącym słońcem.Przebieram swoimi skrzydłami by zdążyć.Zobaczyć co tam się kryje.Za słońcem, za horyzontem.Gdy wylatuję z kłębiastych chmur zaczynam robić różne zygzaki po niebie.Znikam razem ze słońcem.Na zawsze.Zaczynam życie od nowa.W końcu mogę poczuć co to znaczy cieszyć się życiem.Zamykam na kilka chwil oczy po czym otwieram je...sufit.Biały, głupi sufit.Dotykam swojej twarzy.Moje skrzydła zniknęły.Nie mogę odlecieć.Mogę tylko o tym śnić i budzić się z tym samym wyrazem twarzy.Obojętnym, zawiedzionym...
''Żyjemy tak jak śnimy- samotnie.'' Joseph Conrad
Odłożyłam długopis i jeszcze raz przeczytałam to co napisałam.Tak, to ma sens.
- Sierra! - usłyszałam krzyk taty.Wrócili.Urwałam się z łóżka i pobiegłam do przedpokoju. - Cześć córciu. - ojciec ucałował mnie w czoło i uśmiechnął się.
- Hej. - przywitałam się ledwo słyszalnie.Mama posłała mi tylko przelotne spojrzenie i krótkie cześć. - Dlaczego mi nie powiedzieliście, że jedziecie?! - podniosłam głos trochę zdenerwowana.Ojciec zrobił minę głupka i zarechotał.
- Przecież zostawiliśmy ci kartkę z informacją.Jesteś dorosła nie trzeba cię pilnować.Umiesz o siebie zadbać. - mówił przeglądając znowu jakieś papiery.
- Masz rację. - mruknęłam. - Wyprowadzam się. - gdy to wypowiedziałam matka się zakrztusiła pijąc wodę, a ojciec wybuchnął śmiechem.Tak wygląda wsparcie z ich strony.
- Wspaniale! - moja rodzicielka podeszła do mnie i potrząsnęła ramionami. - W końcu pokarzesz, że nie jesteś od nas zależna. - wiedziałam, że chce się mnie pozbyć a ten wklejony uśmiech to udawanie.
- Córeczko przecież boisz się zostać sama na tydzień w domu.Jak chcesz sobie poradzić w tak wielkim świecie? - zapytał ojciec całkiem poważnie.Pobiegłam do swojego pokoju.Wyciągnęłam spod łóżka walizki.Wrzucałam do nich wszystko po kolei z szaf.Ubrania, kosmetyki, książki i wszystko co się da.Dam sobie radę.Tata co miesiąc przelewa na moje konto dosyć sporą sumę, a oszczędności też mam nie mało.Usiadłam na łóżku i jeszcze raz przemyślałam swoje postępowanie.
- Nie zrezygnuję. - wyciągnęłam z kieszeni telefon i zamówiłam taksówkę.Zniosłam na dół ciężkie walizki.Rodzice siedzieli w salonie i żartowali sobie.Nawet nie próbują mnie zatrzymać.
- Kochanie przemyśl to. - bąknął tata stając przede mną.
- Wiem co robię.Będziesz nadal przelewał mi kasę na konto? - kiwnął głową i poklepał po plecach.
- Ja, Thomas, uważam, że to doskonały pomysł.Dziewczyna musi się nauczyć żyć samodzielnie.
- Dobrze, ale gdzie się zatrzymasz? - ojciec miał rację.Co ja ze sobą pocznę? Dziadkowie mieszkają na innym kontynencie, kuzynostwo jest już dorosłe i nie pamiętam jak się nazywają, a wujkowie i ciocie? Tak, naprawdę to ich nie znam.Mam czasem takie przebłyski z dzieciństwa.Rudowłosa kobieta, która śpiewała mi słodką piosenkę do snu.No, ale i tak nic z tego.Mogła być każdym.Koleżanką, sąsiadką...
- W hotelu. - zauważyłam przez okno, że mój środek transportu już stoi przed domem. - Do zobaczenia. - pożegnałam się i ruszyłam do samochodu.
***
Stałam przed ogromnym penthousem.Uśmiechnęłam się.Weszłam do budynku przez obrotowe drzwi.Rozejrzałam się dookoła.Wszystko było takie pozłacane i eleganckie.Niepewnie podeszłam do recepcji.
- Dzień dobry. - powiedziałam dosyć głośno.
- Witam Panią.W czym mogę pomóc? - zapytała ciemnoskóra kobieta z białych uśmiechem.
- Em...chciałabym wynająć mieszkanie. - odparłam.
- Jedno czy wieloosobowe?
- Jedno. - mruknęłam.Kobieta coś wystukała w komputerze.
- Apartament czy zwykłe mieszkanie.
- Zwykłe, ale z dużym oknem na Londyn. - uśmiechnęłam się co ona odwzajemniła.
- Chwileczka...jest. - podała mi cenę za miesiąc.Pasowała mi.Trochę drogo jak na zwykłe mieszkanie, ale w końcu to jest penthouse.Wybrałam to miejsce do zamieszkania bo jest blisko dużego parku.Kocham zielone drzewa.- Proszę. - podała mi kartę pokoju i numer. - Mark! - zawołała.Podszedł do nas młody mężczyzna.Zabrał moje walizki i poszliśmy do windy.Gdy drzwi windy otworzyły otworzyłam kartą swoje mieszkanie.
- Przepraszam chyba pomyliśmy mieszkania. - mruknęłam patrząc na bogate WNĘTRZE mieszkania.Boy odstawił obok mnie walizki.
- Nie.To teraz jest pani mieszkanie. - spojrzałam na niego bardzo zdziwiona.
- Przecież to jest apartament. - wskazałam dłonią.
- Może tak wygląda, ale to jest zwykłe mieszkanie proszę pani.W końcu jest to penthose Alcazar.Jeden z najlepszych w Londynie. - kiwnęłam głową.Dałam mu napiwek i odszedł.Zaczęłam zwiedzać moje nowe mieszkanie.Jest piękne! Mam ogromny widok na cały Londyn i park, a mój pokój jest świetny.Kręte, podświetlane schody mnie zauroczyły.Zjechałam po nich na rurce.Wyszłam na ogromny balkon.Szeroko się uśmiechnęłam i otworzyłam ręce jak Rose z Titanica.Śmiałam się z nowego życia.
Subskrybuj:
Posty (Atom)





